#EPIZODY: coś jak "Dziady"

19 października 2013

coś jak "Dziady"

Poniższy tekst został napisany pewnego wieczoru, ponad 10 lat temu, gdy Sebek przyniósł zerosiedem. Alkohol był, ale... dziewczyny nie przyszły, co by tu robić...
- Eeeee... może napiszmy jakieś arcydzieło, coś jak "Dziady", tylko, że lepsze - jeden z nas bez entuzjazmu rzucił apatyczną propozycją, a drugi polał po pięćdziesiątce i z niezwykle dużym, wręcz przeogromnym brakiem jakiegokolwiek entuzjazmu wyraził zgodę.
Napisaliśmy pierwszy rozdział i po jakiejś godzinie nam się znudziło, bo nie mogliśmy się dogadać kto ma pisać na klawiaturze. Więc zostawiliśmy to w cholerę, polaliśmy jeszcze po pięćdziesiątce i poszliśmy na balety* .
Reszta powstała rano. 
Prośba: nie szukajcie w tekście większego sensu... żadnego sensu nie szukajcie. Przekazu podprogowego też nie. :D



odc 1


Konrad siedział w ciemnym lochu i patrzył na ścianę


Konrad siedział w ciemnym lochu i patrzył na ścianę, która wyglądała, jakby ktoś na nią wylał talerz zupy pomidorowej.

- Ktoś na nią wylał talerz zupy pomidorowej – powiedział Ocalan Srurk patrząc Konradowi prosto w oczy. Ich spojrzenia skrzyżowały się, następnie zapętliły, by po odbiciu od podłogi zawirować delikatnie i uroczyście zawisnąć na obrazie.
- Czyj to obraz? – zapytał Konrad nerwowo, jedocześnie delikatnie głaszcząc stopą przechodzącego akurat mokrego żółwia.
- Mój - mruknął Ocalan. W głębi ducha wstydził się tego obrazu i wysoko go ubezpieczył mając nadzieję, że ktoś go skradnie. Jednak wysokiej klasy system alarmowy zamontowany w lochu Ocalana skutecznie odstraszał wszystkich złodziei.
- Wysokiej klasy system alarmowy, grrrruchuuu – zagruchał delikatnie Konrad, który właśnie przełykał ślinę i głupio mu było splunąć na podłogę, mimo tego, że piętrzyły się na niej stosy nie upranej bielizny, leżały przegniłe papiery po hot-dogach, a karaluchy rzucały się małymi gówienkami z mrówkami walcząc o leżące tu i ówdzie zdechłe szczury.
- Gosposia wczoraj nie przyszła – zagadał głupio Ocalan czując się nagle panem domu i zdając sobie sprawę, że z tej roli nie wywiązuje się najlepiej, o czym mogły świadczyć chociażby więzy na przegubach Konrada i wściekły pies wiszący u jego gardła.
- Zwolniłbym ją – uprzejmość Konrada osiągała właśnie zenit. Matka w dzieciństwie mówiła mu często, że jest gburowaty i zginie marnie jeżeli nie zacznie panować nad sobą i nad swoimi odruchami. Powtarzała to zwłaszcza w sytuacjach, gdy Konrad usiłował zadusić gruby, pluszowy dywan, który zwykle leżał w przedpokoju, oprócz momentów, gdy młodzian zaciągał go do psiej budy – notabene swojej własnej.
- O czym to mówiłem? – spytał Ocalan, spoglądając w telewizor, gdzie w wiadomościach pokazywano akurat relację z katastrofy pewnego niemieckiego tankowca pod hinduską banderą.
- O gosposi – Konrad zastanawiał się kto tu ma sklerozę.
- Mam sklerozę – powiedział Ocalan jak gdyby czytając w myślach Konrada – I czytam w twoich myślach – dodał.
- To powiedz o czym teraz myślę? – przebiegłość Konrada wydawała się nie mieć granic.
- O niczym. – jak się okazało, przebiegłość tylko wydawała się nie mieć granic. Dla przebiegłości był to cios poniżej pasa. Wydała swój łabędzi śpiew i z tymże śpiewem na ustach wyskoczyła przez okno, za którym była tylko czterdziestometrowa przepaść. I samochody. I sprzedawcy hot-dogów. I milion innych rzeczy, których nie warto wymieniać ze względu na objętość tego opowiadania, lecz na które żaden normalny mieszkaniec Ziemi nie chciałby spaść. Co prawda istnieją w galaktyce rasy, w których wręcz narodowym sportem jest spadanie na sprzedawcę hot-dogów z czterdziestometrowej przepaści, ale rasy te nie są tematem niniejszego opowiadania.
- Ha! – nagły okrzyk Konrada przeszył powietrze jak strzała. Po chwilli strzała przeszyła powietrze niczym nagły okrzyk, ale troszkę wolniej. Wódz M-ha-m-ha, któremu śmiało można przypisać autorstwo zarówno strzały jak i strzału wydawał się być poruszony swoją obecnością w tym miejscu. Najbardziej poruszał go wygląd ściany, która wyglądała, jakby ktoś na nią wylał talerz zupy pomidorowej.
- Excuse moi, Monsieurs – zagadał wódz nienaganną francuszczyzną, - czy któryś z panów ma może romb?
- Romb? – Konrad i Ocalan na moment przerwali walkę, ale po chwili zwarli się niczym w tańcu i miarowo poruszali biodrami stojącego opodal bożka płodności.
- Tak. Romb. – wódz wydawał się już całkowicie opanować i tylko drgnienie powieki mogło uważnemu obserwatorowi powiedzieć, że jest zdenerwowany. Mniej uważnemu obserwatorowi mogło o tym powiedzieć silne wyginanie stopy przy jednoczesnym gryzieniu się w łokieć i podskakiwaniu do tyłu przy jednoczesnym wykrzykiwaniu sprośnych wierszyków.
- Po chuj ci romb – zainteresowanie Ocalana wydawało się być nieszczere zwłaszcza, że skrzyżował z tyłu palce u rąk, palce u nóg, nogi, krzesła i dwie ogromne belki mające pierwotnie służyć do wsparcia konstrukcji kadłuba pewnego niemieckiego tankowca pod hinduską banderą.
- Sdasdfasdasd- powiedział wódz w nieznanym nikomu języku, a ponieważ „nikomu” w tym zdaniu brało pod uwagę również autora słów czyli wodza, on sam nie zrozumiał tego co powiedział, speszył się i zrobił się mocno czerwony. Czerwień mocno odbijała od żółci jego skóry i bardzo elegancko odbijała światło na tle ściany, która wyglądała, jakby ktoś na nią wylał talerz zupy pomidorowej. To odbicie mogło jednak zainteresować jedynie wysokiej klasy fotografika – profesjonalistę, który robiłby akurat zdjęcia dla Poupaularistic Scientistic Journalleu of European Ceauy Wuordll Kourwua Jeuego Mać. Lub dla jakiegoś świerszczyka. Ocalan natychmiast zorientował się, z kim ma do czynienia, co Konradowi przyszło dużo później, więc nawet nie zorientował się, że przyszło i że to było właśnie to.
- Ojcze! – wrzasnął Ocalan, robiąc z siebie kompletnego kretyna.
Sdasdfasdasd - powtórzył wódz, czując, że zaczyna chwytać podstawowe zasady składni języka, który jeszcze chwilę temu był nikomu nie znany włączając w to wodza. Gdyby nie przechodzący akurat mokry żółw, język ten zostałby przez wodza zrozumiany i poznałby on Język Bogów, którego poznanie umożliwiało Wielkie Rozwiązanie, ponieważ bogowie oczywiście nie byli objęci słowem „nikomu”. Jednak przechodzący akurat mokry żółw skupił na sobie całą uwagę wodza i rozproszył jego myśli błądzące wcześniej przy składni jakiegoś całkowicie nieznanego nikomu języka. Nikomu oprócz bogów oczywiście.
- Żółw! – wrzasnął wódz całkowicie nie zwracając uwagi na okrzyk Ocalana, natomiast całą uwagę poświęcając wspomnianemu żółwiowi.



Odcinek II 

Ryży szwagier Barona

w poprzednim odcinku: 

Rosyjska łódź podwodna opadła majestatycznie na spokojne dno Oceanu Atlantyckiego w okolicach osady Nöorenderg. Można było poznać, że jest to prawdziwy kolos. Głupi Jaśko – Niemota stojący na brzegu Oceanu Atlantyckiego nigdy nie widział tak zajebistego kolosa i takich wielkich bąbli na wodzie.
- Bul, bul – powiedziały bąble.
- Plusk, plusk - powiedział Głupi Jasio
- Jakie kurwa „plusk”?! - wrzasnął reżyser. Miał dziś bardzo zły dzień Właśnie zatapiano trzecią zajebiście wielką łódź podwodną a Jasio zamiast wyuczonej kwestii wciąż powtarzał „plusk, plusk” „Jebani gwiazdorzy – pomyślał reżyser – skąd ja wezmę kolejną łódź podwodną?”. Miał rację. Ceny rosyjskich łodzi podwodnych (szczególnie tych zajebiście wielkich z bąblami) wobec postępującej recesji w USA i napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie oraz strajkami w „Ursusie” znacznie wzrosły. Wytwórnia Parymount stała na skraju bankructwa tak finansowego jak i moralnego biorąc w szczególności pod uwagę ostatnią kontrowersyjną produkcję „Nagi bicz i prochy”.
- Jakie to wszystko płytkie – powiedział kapitan statysta, do marynarzy statystów, grających załogę zajebiście dużej rosyjskiej łodzi podwodnej.
- To nic, że płytkie! – krzyknął jeden z nich. – Na dno opadaliśmy niezwykle majestatycznie!
- Nie o to mi chodzi – mruknął kapitan podkręcając wąsa, który notabene wciąż mu się odkręcał na skutek oczywistego błędu charakteryzatorki zmęczonej nocną balangą. Charakteryzatorka usiłowała co prawda tłumaczyć, że winę za odkręcający się wąs ponosi odchylenie Ziemi od pionu i przesunięcia biegunów magnetycznych ale jej argumenty jako oczywiste pijackie brednie zostały odrzucone. Dziś (dzięki takim ludziom jak Kopernik i Einstein) wiemy że miała rację.


odc III

Martwa cisza.

Było cicho. Tak cicho, że najdrobniejszy szelest wywołany ruchem robaczkowym w jelicie grubym mrówki siedzącej na ścianie poczytany byłby za hałas tysięcy wściekłych trąbiących słoni w pijackim widzie buszujących po sklepie z perkusjami. Jednak na ścianach nie było ani jednej mrówki. Na ścianach nie było niczego co choćby w jednym procencie przypominałoby mrówkę. Na ścianach nie było w ogóle niczego. 

Konrad obudził się z poczuciem, że czegoś mu brakuje. Nie było to uczucie znane. Można śmiało powiedzieć, że Konrad nie codziennie budził się z uczuciem, że czegoś mu brakuje. Ba! Nigdy jeszcze nie obudził się z takim uczuciem, gdyż pochodził z bardzo starej i zamożnej rodziny, której członkom niczego nigdy nie brakowało. To, że obecnie mieszkał ze swoim kocykiem w psiej budzie spowodowane było jedynie dziełem przypadku. Przypadek ten miał na imię Lizzz i był charakteryzatorką na planie filmu o zatopieniu zajebistej łodzi podwodnej zatopionej u wybrzeży Nöorenderg. Lizzz właśnie miała zostać starszą charakteryzatorką, co z Konradem od dawna planowali, gdy zrządzenie losu sprawiło, że z hukiem wywalono ją z pracy. A że pod przyszłe zarobki zaciągnęli z Konradem kredyt. Obecnie bank zajął ich dom, a także (całkowicie niechcący) dom sąsiada. 
W tej chwili Konrad dziękował w duchu Bogu, że stary wódz Mham-mh-m wyjechał na Konwent Wodzów i razem ze swoim starym nieodłącznym małym mokrym zielonym żółwiem, w którego budzie Konrad właśnie spał. Była to co prawda buda psia. ale żaden pies w wiosce nie chciał zadzierać z małym zielonym żółwiem starego wodza bo nikt nie chciał się narażać wodzowi. Co prawda żółw twierdził że nie skarży się wodzowi ale nikt mu nie wierzył tak więc nawet stary Azor musiał oddać swoje schronienie małemu mokremu zielonemu żółwiowi wodza. 
Bank zajął także samolot Konrada i Lizz, ich rancho i ich expres do kawy.
- Expres do kawy! - wykrzyknął Konrad wiedząc już czego mu brakuje - I samolot!
- Znów cię mam - rzekł Ocalan Snurk - wyciągając zza pazuchy starego Colta 286b-33x/m45_TU-rx154+PLUSdodaćBE. - I teraz mi nie umkniesz.
Konrad natychmiast przypomniał sobie jak umknął Ocalanowi wykorzystując zamieszanie spowodowane przybyciem małego, zielonego żółwia i ogromną dziurę w ścianie, a także rozmowę zamiejscową, która sekundę wcześniej przyszła do Ocalana, i którą odebrać musiał na zewnątrz lochu, czyli na górze. Ucieczka powiodła się chociaż jej planowanie zajęło Konradowi siedem lat. Szczególnie trudne było zgranie rozmowy zamiejscowej z utworzeniem wielkiej dziury w ścianie. I tak Konrad był zaskoczony, że Ocalan nie zorientował się wcześniej, że ile razy ktoś wywalał dziurę w ścianie lochu - do Konrada przychodziła zamiejscowa rozmowa telefoniczna a w słuchawce ktoś uparcie milczał (lub dyszał).
Konrad następne osiem lat życia poświęcił by odkryć kim była osoba, która dyszała wtedy do słuchawki. Organizacja za nic nie chciała mu zdradzić tej informacji. I teraz gdy już prawie wiedział - Ocalan znów go miał. I nie przewidywał możliwości umknięcia. 


tak, wiem to najbardziej odpowiedni moment kiedy mógł się pokazać ten napis, napięcie sięgnęło szczytu a za chwilę miało się rozwiązać rozstrzygnięcie lub rozstrzygnąć rozwiązanie...



Odcinek IV
„Egipt”

Wersja I
Egipt. Wschodnia część Looha’kha’ra. Godzina popołudniowa. Konkretnie 16.15. (I dokładniej to wschodnio – północna część Looha’kha’ra. W zasadzie wejście do budynku Mhang-ar).

Tylne wejście.


Lewe.


Po lewej części schodów tylnego lewego wejścia do budynku Mhang-ar we wschodnio – północnej części Looha’kha’ra w godzinach popołudniowych było gorąco. Był taki upał, że jak „pies srał to tupał” – mówiąc słowami poety. Co prawda słońce akurat zaszło – ze względu na zaćmienie, ale upał i tak był zajebisty.

- Upał – Konrad otarł pot z czoła rękawem.
- Mógłbyś nie ocierać mi potu rękawem? – Lizz wyraźnie nie miała ochoty na flirt – tyle razy ci mówiłam, że mnie to wkurza.
- Czyżbyś nie miała ochoty na flirt? – Konrad najwyraźniej miał ochotę na flirt, i nie mógł się pogodzić z myślą, że Lizz nie podziela jego ochoty. Od dawna się nie zgadzali ze sobą i złożyli już papiery rozwodowe. Byli przy tym ogromnie zdziwieni, gdy urzędnik nie przyjął ich papierów rozwodowych ze względu na formalne braki. Formalne braki polegały na tym, że Konrad i Lizz nie mieli ślubu. Urzędnik nie dawał się przekonać i w końcu wzięli szybki ślub, by ten skorumpowany – w ich mniemaniu – biurokrata, mógł dwie minuty później przyjąć od nich papiery rozwodowe. 
- Kopiemy już trzy godziny i ani śladu. Noga mnie już boli.
- Kop drugą – Konrad zawsze proponował najłatwiejsze rozwiązania, nad wymyśleniem których Lizz musiała często spędzać dni i tygodnie. To również było przyczyną ich rozwodu. Ale i przyczyną, dla której postanowili być razem.
- Drugą kopałam wcześniej i boli mnie bardziej niż ta pierwsza. To znaczy druga, bo tak naprawdę pierwszą byłą druga a druga – pierwszą. To znaczy, według tego co ty mówisz druga jest pierwszą, bo według tego co ja mówię pierwsza jest pierwszą. Chyba, że cytuję ciebie. Wtedy u mnie też druga jest pierwszą.
- Między pierwszą a drugą – mruknął Konrad nie patrząc na Lizz, której bujne złociste, puszysto-kłębiaste, przyrównywane często przez znajomych Lizz do chmury a przez jej matkę do barana lub capa włosy wkręciły się akurat w wirnik lądującego śmigłowca.
- Co ty bredzisz? – zdziwiła się Lizz wyciągając skrwawiony skalp spomiędzy łopat wirnika przy wtórze wyjącej syreny ogłaszającej alarm lotniczy i gulgotaniu małego zielonego ludzika z pewnej galaktyki, w której najlepszą rozrywką było spadanie na sprzedawców hot-dogów z czterdziestometrowej przepaści.
- Mówię, że jest między pierwszą a drugą – odrzekł Konrad nadal nie patrząc na Lizz – I nie ma tutaj czterdziestometrowych przepaści ze sprzedawcami hot-dogów na samym dole. Ostatnią taką widziałem w Nowym Jorku u Ocalana.
- Co??? – Lizz wyraźnie byłą zbita z tropu.
- Mówię do tego ludzika. Pytał która godzina i gdzie czy są tu czterdziestometrowe przepaście ze sprzedawcami hot-dogów na samym dole. Gdyby były to by nas podbili.
- Jak to podbili?
- No widzisz ty to ciągle pytasz i pytasz. Czemu raz nie weźmiesz do ręki książki i sama nie poczytasz? Czy ja muszę wszystko wiedzieć?! Czy ja jestem alfą i omegą?!? Czy ja mam komputer w głowie!!!?
- Masz.
- A, fakt. Zapomniałem, przepraszam.
- No dobra nie ma sprawy. Długie to zaćmienie, nie? – Lizz chciała zatrzeć złe wrażenie, jakie ich kłótnia zrobiła na małym zielonym ludziku, mimo, że wydawał się wcale nie zainteresowany ich rozmową czy kłótnią.
- To nie zaćmienie – Konrad spojrzał w niebo, które tego akurat popołudnia po lewej części schodów tylnego lewego wejścia do budynku Mhang-ar we wschodnio – północnej części Looha’kha’ra było zielonkawe w pluszowe, pomarańczowo siwe cętki z czarną obwódką tu i ówdzie poprzecinaną angielskim haftem – To mwaharakatangarujotaba.
- Co ty? – Lizz spotkała się już raz w życiu z mwaharakatangarujotabą i później nie była już nigdy taka jak wcześniej. Zwłaszcza, że wcześniej była murzynką. W zasadzie murzynem. Nie do końca co prawda, bo domieszka krwi żydowskiej powodowała, że jej murzyński nos był nie tylko szeroki, ale i długi i dzięki temu bardzo czuły. Lizz, która miała wtedy na imię Sam często zatrudniano przy polowaniach na nornice. – To może lepiej ucieknijmy?
- Dokąd? Przed mwaharakatangarujotabą nie ma ucieczki. Powinnaś o tym wiedzieć.
- Powinnam? – Lizz zastanawiała się kto niby miał jej powiedzieć o mwaharakatangarujotabarze.
- Nieważne. Szybko, idźmy w tamtą stronę – Konrad nie wiadomo czemu pokazał ziemię.
- Pod ziemię?
- Nie, przepraszam, chodziło mi o TAMTĄ stronę. Do wieży Eiffla – tym razem Konrad wyciągnął palec pokazując na wieżę majaczącą w oddali. 
- A co to jest? 
- Taka metalowa wieża w Paryżu. Zbudował ją francuski architekt od którego nazwiska wywodzi się nazwa wieży. Początkowo Paryżanie nie lubili jej ale szybko stałą się symbolem stolicy Francji.
- Nie, nie. Mi chodzi o ten dziwny cichy dźwięk.
- To jest tylko majaczenie wieży Eiffla, ma anginę. A cichy bo z oddali.
Lizz i Konrad ruszyli objęci, a za nimi niczym wierny pies podążył wierny pies. Mały zielony ludzik popatrzył jeszcze chwilę w ich kierunku, aż zniknęli za wielką czerwoną beczką nitrogliceryny z napisem „UWAGA! WIELKA CZERWONA BECZKA NITROGLICERYNY!”. Wtedy odwrócił się i poszedł na spotkanie Nowego Jorku, gdziekolwiek to było.
(cdn...)

Odcinek IV
„Egipt”

wersja II
Egipt. Wschodnia część Looha’kha’ra. Godzina popołudniowa - w kadr kamery powoli wchodzi Bronisław Wołoszański w swej ulubionej czarnej skórzanej marynarce 
- Godzina popołudniowa gdy wojska radzieckie wkraczały już na przedmieścia Berlina a w niedalekim Amsterdamie amerykańscy żołnierza zapijali się na śmierć w towarzystwie tanich dziwek – o tej właśnie godzinie 13 kwietnia 1942 roku w Egipcie we wschodniej części Looha-kha-ra zamordowany został feldmarszałek Rommel. O tym jakie były tego skutki i czy Romell naprawdę stał za zamordowaniem Kennedy’ego jak podejrzewa pułkownik Izraelskiego Wywiadu SIA dowiedzą się państwo w kolejnym odcinku. 
(cdn... )

kolejny (pozbawiony tytułu) odcinek:

- Mayday! Mayday! – radiooperator usiłował przekrzyczeć odgłos wyjącego silnika odrzutowca. Jego koledzy stali obok i z uwagą patrzyli na urządzenie trzymane w rękach przez trzymającego się poręczy schodów blondyna. Widać było skupienie na ich twarzach.
- Nie. Nie udało ci się. Spróbuj jeszcze raz!
- Mayday! Mayday! – spróbował jeszcze raz radiooperator. Koledzy znowu popatrzyli na decybelomierz, czy jak tam się nazywa to małe śmieszne urządzenie do mierzenia hałasu.
- Byłeś cichszy o 16 decybeli - odczytał wynik blondyn– Nikomu nie uda się przekrzyczeć odgłosu wyjącego silnika odrzutowca. Stawiasz piwo.
Wyszli z hangaru. Ktoś w nim jednak został. Ktoś kogo nie zauważyli. A powinni. Gdyby go zauważyli losy wojny potoczyłyby się całkiem inaczej – w kadr kamery powoli wchodzi Bronisław Wołoszański w bluzie adidasa – A jak się dowiem kto podpierdolił moją ulubioną czarną, skórzaną marynarkę to mu nogi z dupy powyrywam. 
(cdn...)

odcinek zatytułowany  "mały zielony ludzik"

Mały zielony ludzik zmierzał wesoło przez pola mając tylko jeden cel. Jego wesołość była łatwo rozpoznawalna dla mieszkańców jego planety, gdyż co jakiś czas odrywał sobie rękę i rzucał ją za siebie. Oczywiście przez mieszkańców ziemi wesołość ta zostałaby poczytana za całkowity brak odpowiedzialności lub szaleństwo. To jednak może tylko źle świadczyć o nas – Ziemianach. Jakże mało tolerancyjną rasą jesteśmy. Dość przypomnieć inkwizycję, ukrzyżowanie Chrystusa, rzeź niewiniątek, zniszczenie Sodomy, pierwszą Wojnę Światową, drugą Wojnę Światową, Wojnę Światową nr 2,5, Stalinizm, łagry i tego gościa z IIB, który niegdyś ukradł autorowi tego tekstu piórnik a później śmiał się i powiedział, że go wyrzucił do ubikacji i inne dzieci też się śmiały. Dość powiedzieć, że mały zielony ludzik BYŁ wesoły. Jego wesołość wynikała oczywiście z faktu, że był przeraźliwie głodny i zmęczony. Znów nie byłoby to zrozumiałe dla Ziemian, ale na planecie małego, zielonego ludzika jest przysłowie, które brzmi: „jeśli mały zielony ludzik zgłodnieje, a do tego zmęczy się długą wędrówką przez nieznane obszary innej planety zamieszkałej przez rasę dwunożnych istot śród których jedna ukradła kiedyś drugiej piórnik, a później się nie przyznała – to robi się wesoły”. Planeta małego zielonego ludzika słynie z długich, dziwnych przysłów.
Jedynym celem małego zielonego ludzika idącego wesoło przez pola był Nowy Jork. Konkretnie jakiś wysoki bydynek w Nowym Jorku, najlepiej z 40 metrow przepaścią pod oknem zakończoną sprzedawcą hot-dogów. Mały zielony ludzik był fotografikiem – profesjonalistą, który robił akurat zdjęcia dla Poupaularistic Scientistic Journalleu of European Ceauy Wuordll Kourwua Jeuego Mać. Miał zamiar sfotografować innego małego zielonego ludzika z całkiem innej planety podczas rytualnego skoku w 40 metrową przepaść na sprzedawcę hot-dogów. Inny mały, zielony ludzik był w żaden sposób nie związany z małym zielonym ludzikiem, profesjonalistą-fotogafikiem (od autora: Dla uproszczenia małego, zielonego ludzika profesjonalistę-fotografika od tej pory będziemy nazywać „małym zielonym ludzikiem, profesjonalistą-fotogafikiem”, zaś małego zielonego ludzika, który pragnie wykonać rytualny skok w 40 metrową przepaść na sprzedawcę hot-dogów będziemy nazywać „ludzik 2”). Mały zielony ludzik profejonalista-fotografik od dawna fotografował rasę małych zielonych ludzików, którzy pragną wykonać rytualny skok w 40 metrową przepaść na sprzedawcę hot-dogów i których przedstawicielem jest „ludzik 2”. Rasa ta byłą rasą znacznie mniej rozwiniętą od rasy małego, zielonego ludzika, profesjonalisty-fotografika. Zewnętrznie trudno byłoby je odróżnić, mimo, że rasy różniły się ilością głów, kolorem skóry, wzrostem (który u jednych mierzono w milimetrach, zaś u drugich podawano zwykle szacunkowe przybliżenia) i sierścią (rasa małych zielonych ludzików, którzy pragną wykonać rytualny skok w 40 metrową przepaść na sprzedawcę hot-dogów i których przedstawicielem jest „ludzik 2” miała sierść). (od autora: rasę małych zielonych ludzików, którzy pragną wykonać rytualny skok w 40 metrową przepaść na sprzedawcę hot-dogów i których przedstawicielem jest „ludzik 2” dla ułatwienia od tej pory będziemy nazywali „rasą 1”. 
Wewnętrzne różnice między rasą małych zielonych ludzików, którzy pragną wykonać rytualny skok w 40 metrową przepaść na sprzedawcę hot-dogów i których przedstawicielem jest „ludzik 2” i których dla ułatwienia od tej pory nazywamy „rasą 1”, a rasą małych zielonych ludzików, których przedstawicielem był mały zielony ludzik profesjonalista-fotografik były jednak ogromne. Dość powiedzieć, że inaczej wymawiali zgłoskę „ź”. „Rasa 1” wymawiała to podniebieniowo ze względu na mniejszą ilość głów. Było to przyczyną wielu wojen pomiędzy obu rasami. Było to też przyczyną wielu wojen międzygalaktycznych. Było to też przyczyną powstania znanego Ziemianom wszechświata, ale autor postanowił tutaj zakończyć ten wątek, by nie rozwiewać nadziei astronomom, którzy do dziś byli pewni, że wszechświat wziął swój początek od Wielkiego Bum. (od autora: a i owszem, postanowiłem tutaj zakończyć ten wątek, by nie rozwiewać nadziei astronomom, którzy do dziś byli pewni, że wszechświat wziął swój początek od Wielkiego Bum, ale ten facet miał tego nie pisać i dziwię mu się naaaa.....). 
Tak więc ludzik szedł i miał zamiar sfotografować... (od autora: ratuuuunkuuu!!!) Stul pysk! Proszę Państwa o nie zwracanie uwagi na autora, który dzisiaj źle się czuje. Ja opowiem państwu w tym czasie o przygodzie, jaka mnie spotkała na wycieczce do Wałbrzycha. Jadę sobie a tu nagle wielki niedźwiedź siedzi na drodze. Więc ja za pałę i sruuu bestii z całej siły. A niedźwiedź nic. To ja sruuu drugi raz. A niedźwiedź nic. Więc ja zostawiłem bestię z niedźwiedziem i myślałem, że ją zeżre. Gdzie tam... Wróciła do domu po tygodniu i zażądała rozwodu. Dałem jej rozwód tylko, że musieliśmy nakłopotać się z urzędnikiem biurokratą. Ta chciwa skorumpowana świnia nie chciała nam dać rozwodu, bo nie mamy ślubu. Podobno to jakaś przeszkoda... Też coś. Wzięliśmy szybki ślub i jeszcze szybszy rozwód. Lizz zabrała swoje rzeczy i wyprowadziła się do.... - w kadr wchodzi Bogusław Wołoszański – do kogo wyprowadziła się Lizz dowiemy się już w kolejnym odcinku.


Kolejny odcinek:
no jakoś, kurde, nie ma pomysłów na tytuły...


Martwy żołnierz leżał przekręcony brzuchem do góry. Właściwie tym co zostało z jego brzucha. No dobra, to, co zostało z żołnierza leżało przekręcone do góry tym co zostało z brzucha. Tak dokładnie to na ziemi leżał pasek. Klamrą do góry. Klamra ta mieniła się w słońcu tęczą barw. Wtem przestała się mienić. Słońce zaszło. „Chyba zbyt wcześnie na zachód słońca?” – pomyślała klamra. Była to bowiem Specjalna Myśląca Klamra Bojowa dla Korpusu Nagłego Reagowania Na Całkowicie Obcych Planetach. Żołnierz – właściciel klamry z pewnością dostrzegłby i docenił piękno zachodu Breji błota nad azotowo-siarkowym bagniskiem, przy mlaskaniu cuchnących zgniłych radioaktywnych odpadów - temat wielu galaktycznych wierszy i licznych ślubów par (i nie tylko) na tej właśnie planecie. Niestety, parę sekund wcześniej został rozrzucony – można powiedzieć: rozplantowany po znacznym obszarze powierzchni planety. Nie pozostało to bez wpływu na strukturę chemiczną planety. Dzięki żołnierzowi zaszły reakcje prowadzące do powstanie tlenu, wody, roślin, płazów, prewślaków, dinozaurów i tych mało znanych i mało ciekawych stworzeń chodzących na dwóch mackach, którym nawet nie nadaliśmy nazwy – tak mało są interesujące. Ale nie to jest tematem „Kolejnego Odcinka”. Jego tematem nie jest również martwy żołnierz. Jego tematem jest...: „Jak nauczyć się włoskiego w 5 dni”, Wystarczy otóż dobrze i szybko się uczyć. Wtedy tylko jako przedmiot nauczania wybieramy „włoski”. Dziękuję Państwu i życzę powodzenia. Zarówno w życiu osobistym i zawodowym. 


TEN FRAGMENT DZIEŁA ZOSTAŁ ZEŻARTY PPRZEZ KOMPUTER I AUTOR ZA CHOLERĘ NIE MOŻE SOBIE PRZYPOMNIEĆ CO TU BYŁO WIĘC POZOSTAWIA TO POMYSŁOWOŚCI CZYTELNIKÓW.PODPOWIEM TYLKO, ŻE (O ILE MNIE PAMIĘĆ NIE ZAWODZI(a możliwe, nawet bardzo prawodpodobne, że zawodzi)) CHODZIŁO TU O „MATKĘ ŻOŁNIERZA-WŁAŚCICIELA KLAMRY”


(...) nie powiedziały jej bowiem (NO TEJ MATCE), że ta klamra jest całkowicie inną klamrą. Po oryginalną klamrę jej syn nikt nie poleciał. Po prostu w odpowiednim momencie nie został przesłany Formularz Wysłania Jednostki Zbierającej Klamry Po Czyichś Synach zwany w skrócie Formularzem 416/MrUT i różniący się niewiele od Formularza Wysłania Jednostki Zbierającej Klamry Po Czyichś Córkach. Gdy Jednostka Zbierająca Klamry Po Czyichś Córkach dotarła na planetę i znalazła klamrę syna starej, schorowanej kobiety - postanowiła nie zabierać tej klamry gdyż nie dowódca jednostki uznał się za nieuprawnionego do podejmowania samodzielnie tak poważnych decyzji. Nie miał on bowiem kategorii C534, która uprawniała dowódców do podejmowania Decyzji W Całkowicie Zmienionych Okolicznościach Znalezienia Klamry Po Synu, Zamiast Klamry Po Córce. Szkolenie, na którym mógłby zdobyć uprawnienia do podjęcia tej decyzji, dowódca nieopatrznie i całkowicie przypadkowo opuścił, będąc akurat zajętym udzielaniem ślubu, a następnie rozwodu pewnej parze. Planeta, z której pochodził dowódca, a także syn i stara, schorowana matka syna, a także Siły Korpusu Nagłego Reagowania Na Całkowicie Obcych Planetach uchodziła we wszechświecie za szalenie wprost zbiurokratyzowaną. Z tego powodu na planetę tą rzadko przyjeżdżały jakieś wycieczki z innych planet, a jak już przyjeżdżały, to się nikomu nie pokazywały, gdyż wiązałoby się to z koniecznością odbycia długiej, męczącej kwarantanny i z koniecznością poddania się sekcji zwłok, na co ze zrozumiałych względów nie mieli ochoty przybysze z innych planet oprócz kilku całkowicie wyalienowanych ras znajdujących dziwne doprawdy upodobanie w poddawaniu się sekcji zwłok. Jedną z tych ras mieszkańcy zbiurokratyzowanej planety mylnie rozpoznali jako miejscową i ochrzcili mianem chomików. Chomiki owe były przez mieszkańców planety poddawane sekcji zwłok nie jako przybysze z innej planety, ale dlatego, że mieszkańcy planety usiłowali robić na chomikach doświadczenia. Sprawiało to ogromną radość chomikom i dlatego w ogromnych ilościach teleportowały się one na tę planetę w sposób znany w całym wszechświecie, oprócz wspomnianej (naprawdę bardzo, bardzo zbiurokratyzowanej) planety. Inną rasą, która chętnie przybywała na tą planetę, została ochrzczona mianem "słoni". Jednak, że teleportowanie słonia rzadko pozostawało bez zwrócenia uwagi na ogromny hałas przy tym powstający i na efekty świetlno-cieplne - słonie teleportowały się wyłącznie na tereny mało zamieszkane, zwane przez tubylców Afryką. Nawet jeśli ktoś z mieszkańców widział przybycia słonia - nikt nie dawał mu wiary, bądź nie miał możliwości rozpowszechnić swego odkrycia ze względu na słaby dostęp do źródeł rozpowszechniania informacji w tamtym regionie. 

Rasa słoni była (wszędzie oprócz tej planety) w konflikcie z rasą chomików i wojnę stopniowo przegrywała, dlatego podczas kontaktów z chomikami na planecie starała się dawać wyraz swemu obrzydzeniu, co mieszkańcy planety mylnie interpretowali jako strach. Powodowało to u słoni ogromny smutek.

Tutaj nadszedł wydaje mi się odpowiedni moment, by autor złożył podziękowania osobom, bez których dzieło nigdy by nie powstało. Osoby! Dzięki! Bez Was dzieło nigdy by nie powstało, a nawet jakby powstało to nie byłoby takie jakie jest. Czyli napisane od lewej do prawej.


Jednocześnie składam Wam wyrazy współczucia i podziękowania. Gdyby nie Wy – dzieło byłoby nieczytane i szybko popadłoby w niepamięć podobnie jak stało się z „Gerberami” Van Gogha czy z „Pamiętnikiem Starej Prostytutki” Jana Chryzostona Paska. 

KONIEC WYCIECZEK OSOBISTYCH AŻ DO SAMEGO KOŃCA DZIEŁA.

Próba połączenia wątków:

Konrad nie miał tak naprawdę na imię Konrad. Tak naprawdę on miał na imię Korneliusz, ale że strasznie się tego imienia wstydził – kazał mówić do siebie Konrad i tak wszyscy mówili. Wszyscy oprócz Lizz. Ona zwykle mówiła na Konrada Zbigniew. Czasem mówiła też na Konrada Beata, ale były to tak rzadkie przypadki, że nie są one warte przypomnienia. Zwłaszcza, że nie zdarzały się one często. Raz się tak zdarzyło. Jak któregoś dnia Lizz się kąpała a przyszedł Konrad ona, myśląc, że to jej koleżanka Beata powiedziała „podaj mi  ręcznik Beata”. Okazał się jednak, że Beata w tym czasie wisiała przed domem na sznurze podejmując (nieudaną) próbę samobójczą, więc Konrad (Korneliusz) musiał podać ręcznik Lizz.
Lizz też nie miała na imię Lizz, lecz Liz. Jednak strasznie się jej to imię nie podobało, więc kazała mówić do siebie Michał. Z kolei nowe imię nie spodobało się nikomu z jej znajomych, więc mówili do Liz - Lizz. I tak zostało. 
Kolejna próba połączenia wątków już niebawem. A teraz przerwa na reklamę:

P R Z E R W A N A R E K L A M Ę


Wycieczka osobista:

Jako, że (z obrzydzeniem) przeczytałem wcześniejszy fragment dzieła, jako człowiek o inteligencji ciut wyższej od piżmoszczura, zorientowałem się po chwili, że wcześniejsza próba połączenia wątków zdana była na niepowodzenie, gdyż pewna, dość istotna część dzieła skryła się w przepastnych mrokach zapomnienia mego umysłu. Dodatkowo przykryta został – można rzec – przysypana – wspomnieniami świeższymi, wyjściem na dyskotekę, takie tam... Tak więc mam nadzieję, że po przypomnieniu sobie o co chodziło we fragmencie powyżej – z niesłabnącym zapałem będę kontynuował proces TFU!rczy niebawem.
Pozdrawiam.
autor

Uwagi i opinie (niekoniecznie pozytywne, ale zawsze nacechowane dużą dozą wyrozumiałości dla stanu ducha i umysłu autora tekstu) proszę kierować na:


i10@onet.pl


żadna z uwag nie zostanie co prawda zrozumiana (ze względu na stan ducha i umysłu autora tekstu) ale wszystkie zostaną przeczytane. Oprócz tych, które z oczywistych względów przeczytane nie zostaną. W miarę możliwości sporządzone zostaną wyszukane i pełne uprzejmych, okolicznościowych zwrotów odpowiedzi na uwagi. Jednakże osoby, które nie otrzymają takiej odpowiedzi proszone są o nie przysyłanie do domu autora tekstu paczki z wielce wybuchową zawartością, gdyż autor tekstu ogromnie ceni sobie wystrój wnętrza swojego mieszkania, który - choć surowy - ma swój niepowtarzalny i nie dający się łatwo odtworzyć urok. Udało się tego dokonać poniekąd dzięki paczce z wielce wybuchową zawartością, która pewnego zimnego grudniowego poranka trafiła do domu autora tekstu za pośrednictwem pracownika poczty powszechnie znanego jako 



LISTONOSZ


Koniec.

Po wrzuceniu tego tekstu w sieć dostałem kilka maili. Jeden z nich porównał tekst do twórczości Pratchetta, której dotąd NIE ZNAŁEM. Więc sobie pożyczyłem z biblioteki "Wyprawę Czarownic", a później wszystko, cokolwiek znalazłem Pratchetta. I zobaczyłem jak się powinno pisać fajne teksty, więc na dziesięć lat przestałem to robić. :)




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX