#EPIZODY: O tym, jak zapisywałem do fryzjera

O tym, jak zapisywałem do fryzjera

We wtorek wieczorem miały być kotlety.
- Kochanie, czy te kotlety są już dobre? Bo pies nie odstępuje piekarnika. - sam tam szubrawca ustawiłem, jego kolej skomleć i robić ciśnienie.
- Otwórz i sprawdź. Dopóki nie otworzysz piekarnika są jednocześnie dobre i niedobre - kwantowo odparła z łazienki Najmilsza.
Celność stwierdzenia ubawiła mnie setnie, jeszcze bardziej, gdy po otwarciu piekarnika, okazało się, że jeden kotlet jest dobry, a drugi niedopieczony.


Najmilsza wyszła z łazienki odpicowana jak na dożynki. Z lusterkiem w ręku.
- Jak wyglądam?
- Zjawiskowo - odparłem zgodnie z prawdą. Opuściła lusterko i spojrzała na mnie z kwaśniejącą miną:
- No i co geniuszu chciałeś przez to powiedzieć?
- Że wyglądasz cudownie. Zjawiskowo cudownie. Jemy już?
- Wszystko byś powiedział, żeby się dobrać do schabowego wstrętny łgarzu. A  przecież widzę, że moje włosy wyglądają strasznie. Musisz mnie zapisać do fryzjera.
Usiłując przegryźć surowego kotleta zrobiłem minę recenzenta mody lub spawacza, który zapomniał założyć maski spawalniczej i przyjrzałem się omawianej fryzurze. Wyglądała tak samo jak tydzień,  dwa tygodnie czy miesiąc temu. Czyli świetnie, ale co ja tam wiem.
- Jak to "zapisał"? - zapytałem. - Zapisać to się możesz na kung fu, albo tak jak ja - wzniosłem widelec z kotletem, pies wybałuszył na mnie oczy - na zmianę opon. Do fryzjera wchodzisz, ciach ciach, płacisz i wychodzisz zastanowiłem się - chyba.

- Tak się strzyże barany na wełnę - odrzekła. - Światowe kobiety, bo oboje zgadzamy się, że taką  jestem -  rzut oka w moim kierunki, by sprawdzić, czy coś mi nie drgnie. Nie drgnęło. Powinienem grać w pokera. Gram w pokera, to co ja właściwie powinienem? Powinienem rzucić palenie.. no i opony zmienić! 
- Ty mnie w ogóle słuchasz?
- Oczywiście skarbie.
-  Mówię, że światowe kobiety chodzą do fryzjera do którego trzeba się zapisać i dlatego jutro po pracy pójdź i mnie zapisz. Na piątek. Po południu. Słyszysz? Piątek po południu.
- Ale ja jutro po pracy mam opony zmienić.
- To akurat. Dobrze się składa. Pamiętaj, piątek po południu.
Nie miałem pojęcia dlaczego zmiana opon tak dobrze współgra z zapisami do fryzjera, ale dałem spokój rozważaniom nie na mój ciasny bo męski czerep, zapamiętałem "piątek po południu", i złośliwie oddałem pół kotleta psu, niech też się męczy.

Współczesny damski zakład fryzjerski znacząco różni się od przybytków które odwiedzałem zanim utrata owłosienia pozbawiła te wizyty ekonomicznego sensu.

Wchodzę, chrom, szkło, plastik, gulasz, beton, silikon, a na środku rośnie jakieś drzewo. Neony zawiesili od środka a nie od ulicy, jeden mruga, pewnie selekcja, eliminują klientów z padaczką, muzyka umc, umc, wali po uszach, w kącie jakieś panny w hełmach albo grają, albo biedulki poddają się radioterapii. Pod ścianami zauważam stanowiska tokarskie a  przy każdej tokarce klientka i frezerka. Wszystkie jazgoczą, ze ściany cieknie woda, raczej specjalnie, bo do akwarium z jedną rybą, za to dużą. Ryba ta, może karp, rusza ryjem. "Klnie" - uznałem.
Nagle tuż przede mną materializuje się znikąd recepcjonistka. Albo hologram, albo zlazła z drzewa. Zerkam do góry, jednak pewne walory recepcjonistki ściągają wzrok poniżej poziomu, wskutek czego robię zeza pionowo rozbieżnego.
- Słucham pana. 
Gada, czyli nie hologram, zezuję na drzewo szukając domku, dziupli, budki lub przynajmniej hamaka.
- Chciałem zapisać yyy... narzeczoną do fryzjera.
Coś poklikała w komputerze, ciekawe co. "Facet chciałby zapisać narzeczoną do fryzjera"? Bzdura. Myślami wracam do zmiany opon. Mam dwie opony stare i dwie nowe.
- Na kiedy?
- PIĄTEK PO POŁUDNIU. - no to frugo,  po sprawie, moja rola zakończona, mogę spadać. Mentalnie jestem u wulkanizatora. Lepsze na przód, gorsze na tył, czy odwrotnie?
- Jak narzeczona ma na imię? - i właśnie w tym momencie muzyka umilkła, jazgot też, a wszystkie strzyżone i niestrzyżone głowy odwróciły się w moją stronę i znieruchomiały. Karp przestał kląć i wypuścił bąbelek.

 A ja zapomniałem języka w gębie. O co jej chodzi? Piątek, po południu, nie wystarczy? Piątek. Po południu. Lepsze na przód, gorsze na tył. Piątek.
Słychać tylko ciurkanie wody.
- Słucham?
- Jak narzeczona ma na imię?
Widziałem te wpatrzone w siebie twarze, wiedziałem co myślą: "Debil nie pamięta imienia swojej narzeczonej". "Co za dupek". "Pewnie wcale nie ma narzeczonej, tylko tak przylazł, fryzjerofil jeden". "Fakt, która by takiego drania chciała?". "Bul bul! Bul?".
Cisza trwała już dobrą sekundę, po prostu MUSIAŁEM coś powiedzieć.
- Aaaa, aaaa, Agnieszka - wybełkotałem.
Muzyka zabrzmiała dalej, towarzystwo wróciło do swoich fryzjerskich czynności, chore panny wróciły do terapii lub grania, karp zrobił minę a dziewczyna Tarzana powiedziała:
- Proszę przekazać narzeczonej, że jest zapisana na piątek na siedemnastą.

Wyszedłem, pojechałem zmienić opony, lepsze na przód, gorsze zasugerowali na śmietnik, więc chwilowo zostały zimowe,  a wieczorem w domu powiedziałem najmilszej, że przepraszam, ale na śmierć zapomniałem o jej fryzjerze i jeszcze raz, że przepraszam.

Trochę się obraziła, ale trudno.
Duuużo gorzej by było jakbym zaczął tłumaczyć dlaczego zapisałem do fryzjera jakąś Agnieszkę skoro ona ma na imię Ola.



Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX