#EPIZODY: O tym, jak wystąpiłem w serialu telewizyjnym - ciąg dalszy

3 września 2013

O tym, jak wystąpiłem w serialu telewizyjnym - ciąg dalszy

Tysiące... nie. Dokładnie dziewiętnaście osób napisało mi, że koty nie merdają ogonami, więc niemożliwe, żeby zwierzę opisane w pierwszej części moich wspomnień z planu serialu było kotem. Ponieważ maile te stanowiły dziewięćdziesiąt pięć procent całej mojej korespondencji, a pozostałe pięć procent informowało mnie, że nadawca posiadał kiedyś kota, który owszem, również potrafił merdać ogonem, ale że ta zabawna umiejętność pojawiała się tylko podczas podłączania Mruczka do źródła zasilania i zwierzę merdało jednocześnie wszystkimi innymi członkami dostarczając nadawcy i jego kolegom wiele okazji do zdrowego śmiechu, postanowiłem zareagować i w dalszej części wspomnień zmienię gatunek, który reprezentuje Melex. Imienia nie zmienię, nikt nie napisał, że "nie ma takiego imienia Melex".
Zatem odtąd Melex to guziec.
To oczywiście nadal nie jest cała prawda, ale liczę na to, że mniej ludzi trzyma w domu guźce niż koty, więc mniej wie czy guźce machają ogonem, aportują, szczekają lub warczą, zatem mniej zarzutów poważnych nieścisłości i wprowadzania Polaków w błąd trafi do mojej skrzynki. Choć biorąc pod uwagę dociekliwość P.T. Czytelników, nie będę mocno zdziwiony znajdując maile od Krajowego Stowarzyszenia Wielbicieli Guźców, jeśli takie istnieje. Jeśli nie istnieje - prawdopodobnie zostanie założone, celem wykazania mi, na przykład że guźce niezwykle rzadko, wręcz prawie nigdy nie są wykorzystywane w pracy policji. No trudno, muszę z tym jakoś żyć.
Więc do rzeczy:

Skończyliśmy na przerwie ogłoszonej przez reżysera, którą kończę rozmawiając z treserką. Napisałem, że z treserką kota a tak naprawdę guźca Melexa.

Po przerwie wróciliśmy na plan.

Jeszcze dwa razy razy kręciliśmy scenę, w której guziec schodził ze schodów i spoglądał na mnie niechętnie. Dwa razy Znany Aktor pytał jakie przestępstwo popełniłem i dwa razy wymyślałem coraz bardziej nonsensowne powody sprowadzające mnie na komisariat zakutego w kajdanki. Przyznałem się do śmiecenia na ulicy i użycia słowa "dupa" w miejscu publicznym. I tak sobie wtedy wykombinowałem, że prawdziwi aktorzy różnią się od byle statystów tym, że grają swoją postać od początku do końca. Na czas pomiędzy "kamera, akcja" a "kamera stop" stają się policjantami, rzezimieszkami, adwokatami, no tymi postaciami które grają. Albo po prostu nie mają podzielnej uwagi.
Za drugim w tej opowieści a czwartym w rzeczywistości podejściem czyli - jak mawiamy w filmie - dublem, udało się nakręcić to, o co chodziło. W takich momentach reżyser krzyczy "mamy to", wszyscy oddychają z ulgą, cieszą się, gratulują sobie, ściskają ręce, wpadają w ramiona, całują, obmacują.. nie. Od momentu z wpadaniem w ramiona poniosło mnie i zacząłem zmyślać. Po prostu następuje przerwa, podczas której towarzystwo idzie coś zjeść, zapalić papierosy lub porozdawać autografy.
Do mnie podeszła pani w hełmofonie, ta która witała statystów i powiedziała, że bardzo się spodobałem i czy nie zechciałbym przyjść jutro, w to samo miejsce, będzie kręcona inna scena, w której też wezmę udział. Zrozumiawszy, że ten film bez granej przeze mnie postaci złoczyńcy nie ma szans powodzenia, z radością się zgodziłem.
- Jutro będziesz grał kogoś innego, jeszcze nie wiadomo kogo - wyprowadziła mnie z błędu. - Ale niekoniecznie bandytę.

- Koniecznie bandytę - powiedział Asystent Reżysera następnego dnia. - Tego samego co wczoraj, tylko dzisiaj będziesz wsiadał do radiowozu.
Tym razem robiłem za wydarzające się za oknem tło, podczas gdy kręcone były wydarzenia w kuchniokomisariacie. Nagranie trwało dwie godziny, nic ciekawego się nie przydarzyło, może oprócz momentu gdy przed finałowym dublem zaproponowałem niby-policjantom pakującym mnie do niby-radiowozu zapalenie skręta a oni powiedzieli, że policjantom nie wolno palić skrętów, i że są prawdziwi, podobnie jak radiowóz, wydelegowani do pracy przy filmie, więc  nie skorzystają, ale dziękują za propozycję.
Gdyby moje nazwisko miało się pojawić w napisach końcowych, podpis brzmiałby "Pakowany do radiowozu człowiek, który zobaczył ducha - i10", ale jak już pisałem, nie pojawi się.

Zaproponowano mi zdjęcia również trzeciego dnia. Odbywały się w jednym z łódzkich parków. Nie rozrywki, technologicznych czy biznesu, jakich pełno się w Łodzi narobiło, ruszyć się nie można żeby nie wleźć w jakiś nowy park,  tylko  w takim zwykłym parku. Z drzewami.
Tym razem otrzymałem rolę pracownika łódzkiego dworca kolejowego, który poszedł  do przeddworcowego parku pospacerować i porozmyślać. Pracownik poszedł, nie dworzec. I pod drzewem w trawie ten pracownik znalazł zwłoki kobiety, jak to pracownikom PKP bezcelowo szwendającym się po parkach przed dworcami musi się często zdarzać. Zwłoki zostały chwilę wcześniej zabite przez Zbója.

Mam stać i patrzeć na zwłoki, co przerywa swoim przybyciem Ważna Policjantka. Chwilę gadamy, ja pokazuję coś ręką , ona odchodzi do Znanego Aktora spacerującego z guźcem Melexem. Następnie ja odchodzę, guziec idzie wzdłuż krzaków i węszy, koniec sceny. 
Dźwięku - co przestało mnie dziwić - nie ma, zatem mogę pleść co chcę.
Więc sobie stoję, zwłoki położyły się przede mną, a zapomniałbym wspomnieć, że należą do modelki w bieliźnie. Że niby ona w tej bieliźnie przyszła na dworzec, żeby dać się Zbójowi zabić. "Pulp Fiction im wyjdzie" - myślę i podziwiam zwłoki, które się do mnie uśmiechają, bo przez trawę kamera ich nie widzi i na razie im wolno. Później kamera sfilmuje je z bliska i będą musiały posmutnieć, ale na razie chichoczą i uśmiechają się do mnie.  Najfajniejsze zwłoki jakie w życiu widziałem.
Podchodzi Ważna Policjantka.
- Co tu się stało? - aha, czyli kolejna aktorka perfekcjonistka nie wychodząca z roli.
- Wisiała o, na tym drzewie - pokazuję ręką - więc ją odciąłem i tu spadła. Samobójstwo.
Zwłoki wybuchają śmiechem, Ważna Policjantka przypomina sobie, że od naszej trójki nie jest rejestrowany dźwięk.
- Dobre, dobre. Nie wiecie co jest na śniadanie?
Jeżeli będziecie oglądali kiedyś ten serial to powiem wam jedno. Ci wszyscy ludzie w tle, którzy kręcą się poza pierwszym planem, ci policjanci, prowadzeni przestępcy, przechodnie, sprzedawcy i inni, oni rozmawiają o szczegółach menu. Śniadania lub obiadu. Oglądacie scenę zbrodni, dwóch ludzi pokazuje na trupa, i ruszają buzią? Zapewniam, że rozmawiają czy warto wziąć jajecznicę czy serek ze szczypiorkiem.
A tymczasem guziec nie stanął na wysokości zadania i nie poszedł wzdłuż krzaków tak jak powinien więc ustalono, że treserka weźmie gumową kaczkę i poza okiem kamery będzie pełznąć tuż przed guźcem. Powiem wam, że gdyby nie ta gumowa kaczka, to film Komisarz Meleks opowiadałby o błąkających się policjantach i pojawiającym się od czasu do czasu w kadrze skaczącym, radosnym guźcu.
W dublu Ważna Policjantka ponownie wczuła się w rolę a ja, obserwując ładne zwłoki i pełznącą ku nim treserkę z psią zabawką, ponownie zachowałem się jak amator oznajmiając że zwłoki - machnięcie ręką - wypadły z przelatującego samolotu.
- Czemu właściwie tej sceny nie kręcimy na dworcu? - postanowiłem się dowiedzieć.
- Magia filmu. To miejsce nadaje się do zdjęć lepiej niż park przy dworcu PKP - powiedziała Ważna Policjantka.
- Przy łódzkich dworcach PKP nie ma parków.
- No właśnie, dlatego lepiej.
Za trzecim podejściem "mieliśmy to" czyli skończyliśmy scenę. Ekipa jeszcze na szybko dokręciła kolejną, w której kaskader wpada do kałuży. Wody było może dziesięć, może dwanaście centymetrów, a gość pod mundur policyjny ubrał kostium płetwonurka. Dobrze, że butli z tlenem nie założył. Magia filmu.
I to był koniec mojej przygody z serialem Komisarz Melex.
Oglądałem to parę miesięcy później w telewizji, pośmiałem się widząc Znanego Aktora znajdującego wraz z guźcem Melexem bombę pod samochodem, biegnących za przestępcami, wspinających się na dach, czy jakiś komin, wiedziałem przecież, że kamera nie pokazuje czającej się wszędzie treserki z gumowa kaczką. Ta dziewczyna naprawdę się napracowała.

W którymś odcinku w końcu się doczekałem. Scena prowadzenia mnie po foyer komisariatu z fontanną w tle kręcona przez cztery godziny, w filmie trwała osiem sekund. Ja byłem widoczny przez trzy. Później mignąłem za oknem pakowany do radiowozu z durną zdziwioną miną. Więcej odcinków nie oglądałem, bo film był zbyt nudny.

Ale najciekawsza okazała się kwestia pieniędzy. Jak wspominałem - wypracowałem trzy dniówki po osiem dych, czyli prawie dwie i pół stówki. Agencja miała zapłacić po dwóch tygodniach, więc piętnaście dni później zadzwoniłem zapytać co jest grane. 
- A pan nie dostał jeszcze pieniędzy? - zdziwiła się pani o sympatycznym głosie. - To przepraszam, zaraz to załatwię. Do jutra na pewno dojdą.
Na drugi dzień zdziwiła się równie uprzejmie. I znowu powiedziała, że się zajmie.
I na trzeci.
Czwartego dnia zdziwiła się tak bardzo, że postanowiłem jednak sprawdzić stan swojego konta.
Pieniądze przyszły do mnie trzy razy i uważam, że było to najlepiej wydane siedemset dwadzieścia złotych w historii łódzkiej promocji.

Mogę szczerze i bez wahania napisać: Łódź jest piękna, ciekawa i w ogóle! Choć przy dworcach nie ma parków  i liczenie tu  nieco szwankuje, zdecydowanie polecam!
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX