#EPIZODY: O tym, jak wprowadzałem HACAP

3 września 2013

O tym, jak wprowadzałem HACAP

Tytułem wstępu: Historia jest sprzed lat paru, ale zadeklarowałem się ją opisać, więc słowa dotrzymuję.

Otwierałem bar sezonowy. Lizaki, batoniki, ciastka, takie tam. Oraz hot dogi, kawa i herbata. Wyremontowałem lokal, meble, kafelki, srelki, doprowadziłem media, założyłem fanpejcz na fejsbuku*, co by tu jeszcze..



Ponieważ ogólnie chodziło o żarcie, jak głupi polazłem do Sanepidu. Kupa papierologii, zgłoszeń, udzielania informacji i ustalania czym właściwie hot dog jest. 

Przeczytałem wymagania, dostosowałem wyposażenie do zaleceń wyraźnie upośledzonego umysłowo prawodawcy**, i przed rozpoczęciem sezonu dwie sanepidowskie kwoki przybyły na inspekcję lokalu.
- Sanepid, kontrola, podłoga, kafelki, dobrze, lamperia, dobrze, oooooo, nie ma tabliczek, poproszę dokumenty - przywitała się pierwsza.
- Dzień dobry, jakich tabliczek? - podałem grubą teczkę papierologii.
-  Wyjście ewakuacyjne tabliczek nie ma. Gdzie jest dobra praktyka żywienia zbiorowego?
- U mnie jest dobra praktyka żywienia zbiorowego proszę pani - nie bardzo wiem o co chodzi, ale może w wynikach kontroli napiszą "trója, bo przynajmniej próbował".
- Hacap gdzie jest, koleżanka się pyta - wyjaśnia druga widząc, że straciłem wątek.

Hacap a konkretnie HCCAP to jest taka durna książka, w której jest napisane, żeby się nie polewać wrzątkiem i nie wbijać sobie w nic noży, bo od polania wrzątkiem można się poparzyć, a wbijając nóż w oko można osłabić wzrok, bo wzroku narządem oko jest. W książce są opisane instrukcje WSZYSTKICH czynności związanych z robieniem żarcia. Dla przykładu przygotowanie herbaty wygląda jakoś tak:

1. nalać z kranu wody do czajnika (uwaga na rozlaną wodę bo można się pośliznąć i pierdolnąć pustym łbem o wykafelkowaną podłogę),
2. podłączyć czajnik do prądu, (uwaga na prąd, z prądem żartów nie ma)
3. poczekać aż woda się zagotuje szykując jednorazowe naczynia (uwaga, plastikową łyżeczką jednorazową można się śmiertelnie zadławić)
4. nalać gorącą wodę do naczynia jednorazowego (gorąca woda to śmierć, już pisałem)
5. wrzucić saszetkę herbaty (na pewno według HCCAP herbata jest w jakiś upiorny sposób groźna ale nie wiem jaki, może przestudiowałem to dzieło zbyt pobieżnie)
6. podać klientowi napój ostrzegając go o czyhających na niego i jego bliskich śmiertelnych niebezpieczeństwach poparzenia i zadławienia
7. przy pomocy szczypiec bądź rękawic spawalniczych odebrać od klienta należność (uwaga, w przypadku połknięcia należnością jak i rękawicą spawalniczą można się zadławić)
8. odrzucić klientowi resztę unikając kontaktu z bakteriami, którymi można się zadławić.
9. w celu dezynfekcji polać się obficie roztworem podchlorynu sodu lub kwasem siarkowym.
10. miotaczem płomieni zdezynekować pomieszczenie (w przypadku połknięcia miotacza płomieni można się zadławić)
Książka jest dla debili, ale unijne prawo zobowiązuje mnie do jej wyprodukowania, posiadania i przestrzegania. Wyjąłem z szuflady i pokazałem.
- O mam.
- Ale dlaczego nie na ścianie?
- Co na ścianie?
- Wszystkie czynności powinny być rozpisane na ścianie. Jak pan przygotowuje posiłki, napoje, instrukcja mycia rąk, wynoszenia śmieci. Wszystko na ścianie.

Tu się zacząłem irytować, bo lokal 3x5 m, ściany pozajmowane lodówkami, regałami, zlewozmywakami (muszę mieć dwa PLUS umywalkę), poza tym nie zamierzam zatrudniać tu idiotów, którzy bez instrukcji nie wiedzą, że gorąca woda jest gorąca i że wychodząc z kibla trzeba umyć ręce. Według hacapu prawdopodobnie również nogi.

- Proszę panią, przecież te przepisy są dla tępych europejczyków. Nie potrzeba nic na ścianach. Tu ja będę robił hot dogi, a o tam, przy oknie w razie potrzeby dziewczyna będzie brała pieniądze i wydawała resztę. Oboje wiemy, że nożem się można skaleczyć.
- Prawo jest prawem i jakby to było, jakby każdy robił tak jak chce? - wylazł z niej przedstawiciel Prawa, mać.
Pytanie wyglądało na retoryczne, więc powstrzymałem się od stwierdzenia, że byłoby normalniej. Druga z kontrolerek dorwała się do kranu.
- A jaka właściwie jest temperatura tej wody?
Właściwie to nie mam karwa zielonego pojęcia:
- 50 stopni - gdzieś w ich przepisach taką cyfrę znalazłem. Wsadziła łapę:
- Moim zdaniem ma mniej.
A moim zdaniem bez termometru, to one sobie tę rękę może wsadzić w..
- Zmierzyłem temperaturę odbierając lokal. Równo 50 stopni. - gruby blef, ale może nie mają termometru?
Nie mają.
- To gdzie są tabliczki wyjście ewakuacyjne? Też w szufladzie? - szczerzy zęby i notuje coś sucz wredna. No i z czego się cieszy? Jak lokal jest nie halo, to chyba powinna się martwić? Wrrrr..
- Proszę panią. To pomieszczenie ma jedne drzwi. O tam. Jeśli tak się zdarzy, że herbata stanie w płomieniach lub eksploduje hot dog, będziemy właśnie przez te jedyne drzwi spierdzielać. Bez tabliczki. Tamtędy.
- Tak nie można.
- Można. Lokal jest bezpieczny, czysty, to powinnyście sprawdzić. Czystość. Higienę. A nie mądrzyć się i walnąć mi parę kłód pod nogi. Uzasadniacie niezbędność sanepidu i swoją. Biurokracja w najczystszej postaci. I to dosłownie.

 Wzdęły podgardla, zagulgotały, wypisały protokół kontroli, że lokal się nie nadaje do otwarcia, że mam tydzień na usunięcie usterek, wzięły miotły i odleciały. W protokół wpisały brak hacapu na ścianach i nieodpowiednią temperaturę wody.
Upaskudziłem ściany bredniami, w garażu znalazłem starą plastikową obudowę rumuńskiej kosiarki do trawy. Zawiesiłem ją na drucie pod kranem na wężykach do wody.

 Szum mioteł i wycie zlęknionej zwierzyny towarzyszyło ich  powrotowi siedem dni później.
- No nie można tak było od razu? - pochwaliły durne plansze na ścianach ostrzegające przed uduszeniem się w wyniku przypadkowego okręcenia sobie szyi przedłużaczem. - A co z wodą?
- O tu zamontowałem dodatkowy podgrzewacz - wskazałem ręką obudowę kosiarki.
Ta co poprzednio puściła sobie wodę na rękę:
- No widzi pan, od razu jest różnica, teraz woda jest gorąca.
Doskonały moment na pokazanie im, że ich wizyta, ich uwagi, jak i mój rumuński podgrzewacz że to jeden wielki pic na wodę. Podgrzewacz akurat dosłownie. Ale mi się nie chciało, bo niby co bym osiągnął?

 Zostawiły mi laurkę "lokal wzorowo przygotowany" i odfrunęły, a ja otworzyłem biznes.

 A z racji tego, że bar był na otwartym basenie i że przez bite trzy miesiące padał deszcz nikt na basen nie przychodził. Więc okrutnie na tym biznesie umoczyłem. I to dosłownie.




 *fanpage baru nadal istnieje ku memu ogromnemu zdziwieniu lubi go coraz więcej osób, choć bar istniał przez krótką chwilę lata temu: http://bit.ly/barjegomac
** "W" literka tam jest. "W".



Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX