#EPIZODY: O tym, jak robiłem zupę

O tym, jak robiłem zupę

Tysiące osób... 
Jeszcze raz.
Kilka osób zarzuciło mi podkoloryzowanie opowieści. Więc oto wersja świadomie podkoloryzowana:


W głosowaniu rodzinnym mając większość wagową przeforsowałem zdanie, że na obiad zjedlibyśmy zupę marki zalewajka. Najlepiej taką jak u babci, ale z braku babci może być taka jaka nam wyjdzie.
A ponieważ gdy miesiąc temu szykując  borowikową otrzymałem megamocny klej jednoskładnikowy o smaku i kolorze pleśni, który trwale połączył ze sobą pochopnie napełniony talerz z równie pochopnie umieszczoną w talerzu łyżką, a po wyrzuceniu zapchał kibel - funkcję szefa kuchni wzięła na swe cudne piersi najmilsza. 

Najpierw kazała mi kupić nowy garnek, bo ten z resztką borowikowej wciąż jest przylepiony do wnętrza kontenera na śmieci przed domem, i choć wygląda, że się przesuwa, to jednak jest to ruch w górę. Być może chce wyleźć. Byłbym pierwszym człowiekiem w historii, który zastawi pułapkę na zupę, ale do rzeczy:
- Odpowiednie garnki są w Tanim Markecie, masz po drodze z pracy, kup duży przyda nam się jak będziemy chcieli ugotować coś dużego.
Coś dużego, pojęcie względne. Co ona chce zmieścić do tego garnka? Kurę, kaczkę, cielaka?
- Czyli ile litrów kochanie? - usiłuję zepchnąć dyskusję w koleiny układu metrycznego.
- Pięć litrów, mój drogi. Pięć wystarczy.
Zatem nie cielaka.
- A tutaj masz listę zakupów. Rzeczy podkreślone są do zupy więc niezbędne, a niepodkreślone niezbędne nie są, ale przydałyby się.
Rzucam okiem na kartkę. Najmilsza bazgroli jak lekarz. Cierpiący na dysleksję niewidomy wędrowny arabski lekarz wielbłądów. Ale praktyka czyni z mistrza mistrza, więc trochę deszyfruję. Tekst wygląda na dłuższy od moich opowieści. I ciekawszy. Z kartki wynika bowiem, że do zupy przydałyby się komplet ściereczek, a niezbędny jest na ten przykład sweter. Sprytna bestia, planuje narozlewać, nabałaganić a później jeść w ciepłej odzieży, może przed domem? Kurczę, że mi brak takiego daru przewidywania, dobrze że mam ją. Jesteśmy jak dwie połówki jabłka. O! Jabłka też mam kupić. Podkreślone, czyli niezbędne.
- Po co jabłka i sweter do zalewajki?
- Pokaż - odbiera mi kartkę - gdzie tu masz sweter?
- O tu. I tu.
- Jajka i seler.
- No tak, rzeczywiście. A co to jest tu, komplet ściereczek? Jakiś kompot?
- Nie. Kup komplet ściereczek albo gąbek do naczyń bo są potrzebne. Jak czegoś nie będziesz wiedział to dzwoń, muszę lecieć na fitness, pa.
I poleciała na fitness. Rowerem! 

Kilka godzin później wstąpiłem do Taniego Marketu bo miałem po drodze z pracy. Nie swojej, ale czyjejś na pewno.
Dział z garnkami trafnie umieszczono opodal mody damskiej, bo gdzieżby inaczej. Pełen podziwu dla bojowniczego umysłu osoby odpowiedzialnej za logistykę sklepu sprawdzam ceny. Od najwyższej do najniższej. Uuu, błąd. Powinno być odwrotnie, chyba że wlazłem w alejkę od niewłaściwej strony? A tak, kobiety weszłyby od błyskotek i bibelotów, jak indianie, wszystko gra.
Patrzę na garnki,pamiętając jedyne zadane mi kryterium - pięć litrów, jak wybrać? Postukałem w jeden i drugi, stalowe są dźwięczne, emaliowane brzęczą bardziej matowo, garnek za dwie stówy lekko fałszuje, czemu on kosztuje tyle kasy? Czytam opis: jest to garnek nie przywierający. Akurat. Z borowikową w środku przywarłby do rozsypanej mąki. Albo do powierzchni jeziora. Na stałe.
Panie przechadzające się alejką zerkają na mnie podejrzliwie gdy pukając przykładam sobie kolejne garnki do ucha, i wtedy spostrzegam Ten Garnek. Cudny, srebrzystny, prosty, choć figlarny, z dużym uchwytem, bije w oczy naczyniowatością. Widać, że garncarz musiał włożyć kawałek siebie w naciśnięcie guzika prasy CNC. Garnek błyszczy do mnie zachęcająco ze środka regału, a inne garnki lekko poodsuwane. I jeszcze misterny napis PROMOCJA pogrubionym Arialem wabi, kusi i nęci mnie od odwłoka aż po czułki. Na wagę! Kilo garnka za trzy dychy. Więc mogę poprosić o zważenie półtorej kilo tych garnków, pani mi da z uchwycikami? Nic z tego. Garnki są niepodzielne, jeden waży niecały kilogram czyli... ciach, ciach, kalkulator w głowie... czyli niecałe trzy dychy. Może być. Fru, do koszyka. 

Rzut oka na kartkę, podkreślone, czyli dla powstania zalewajki niezastąpione są: kiełbasa biała, proszę bardzo, do koszyczka, ziemniaczki, wezmę ze dwa kilo, co mi tam, cegła.. czerwona?, hmm.. nie.. cebula czerwona! Wrzucam cebuleczkę do koszyczka, fajnie, idzie nam z górki i docieram do pozycji "chrzan taty". Szukam po regałach, ni ma.
- Przepraszam pana! - zaczepiam smutnego sprzedawcę, który od paru minut przesuwał się smętnie wkoło stoiska z pomidorami z miną jakby miał zamiar jednego podpierniczyć.  - Gdzie znajdę chrzan taty?
- Czyj?
- Taty, ojca chyba - mówię tonem nie dopuszczającym możliwości, że bredzę. - Gdzie znajdę?
- Eee, pan pokaże - zabiera mój szyfrogram, rzuca okiem na szlaczki najmilszej, robi minę jakby na kartce był napis "to jest napad, przynieś szybko wszystkie wasze pieniądze", oddaje kartelusik i oznajmia:
- Ja tego nie przeczytam.
- He, wiem. - Szczerzę zęby - Ja też nie za bardzo. Ale tu, widzi pan, pod szczypiorkiem a nad śmietaną,  jest napisane "chrzan taty", pokazuję mu szlaczek pomiędzy "szszszszszszsz" i  "mnmnmnm". - Macie taki?
- Pierwsze słyszę. Ale może to jakiś chiński chrzan? Wie pan, oni robią takie samochody Taty, to może i taki chrzan? - znawca motoryzacji na moment znieruchomiał wpatrzony w przestrzeń. - Pan poszuka na przyprawach, o tam - wskazał kierunek i wrócił do knucia przy pomidorach.
Poszukałem, nie znalazłem, postanowiłem zasięgnąć wiedzy u źródła, więc zadzwoniłem.
- Ty, co to jest chrzan taty?
- Co? - zdziwiło się źródło.
- Napisałaś na kartce, podkreślone mam. Chrzan taty.
- Tarty idioto, kup chrzan tarty. Garnek kupiłeś?
- No ba!
- To widzimy się w domku, pa!

Dołożyłem do koszyka resztę pozycji z listy i lecę płacić.
Do kas kolejki były cztery, ustawiłem się w średniej, bo jak staję w najkrótszej to zawsze okazuje się, że jakiś czubek przede mną zapomniał portfela, albo musi wrócić do sklepu po czekoladkę, albo pieluchy, albo płaci jednogroszówkami. Okazało się, że postąpiłem słusznie, dość szybko nadeszła moja kolej. Wtedy przypomniało mi się, że muszę kupić karmę dla Zmory, więc przeprosiłem kolejkę i pobiegłem po karmę.

Wróciłem, zapłaciłem, Jezu, to jest Tani Market, skąd taka kwota?
Spakowałem zakupy, powiedziałem "do widzenia" smutnemu sprzedawcy z nadgryzionym pomidorem w ręku prowadzonemu przez dwóch ochroniarzy, poszedłem do auta i pojechałem do domu.

Zalewajka była palce lizać. Jak u babci*.
Ukochana ugotowała ją w brytfannie, bo pod wpływem gorącej wody w nowym garnku stopił się uchwyt.


*O, tu jest podkoloryzowane. Bo choć zalewajka była bardzo dobra, to choćby nie wiem co, zalewajka jak u babci może być tylko u babci.
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX