#EPIZODY: O tym, jak poszedłem do weterynarza

O tym, jak poszedłem do weterynarza

Pies najmilszej jest suką i jak to suka dostał cieczkę. Dostała. Ze trzy tygodnie temu.
W związku z tym ukochana zabroniła mi spuszczać psa ze smyczy, żeby nie zaciążył, więc nie mogę go uczyć fajnych komend typu "przynieś patyk", "bierz kota", "właź w błoto i brnij" oraz "idź po tego zdechłego ptaka i zaniesiemy go  do domu, zobaczysz jak pani się ucieszy". 
Wychodzenie z psem przestało być dla mnie zabawne i wykonywania tej czynności stanowczo odmówiłem, dzięki czemu pies jest być może dłużej czysty jednak patrzy na mnie z wyrzutem ze swojej poduszki na fotelu a jego smutnych oczach widzę napis "ty cholerny zdrajco".


Takim samym wzrokiem popatrzyła w czwartek Najmilsza.


- Musimy psa wysterylizować - orzekła. - Wtedy w przyszłości takich problemów nie będzie.
Następnie zajęła łazienkę, i przystąpiła do farbowania włosów lub malowania się, takie tam, jak to kobiety, dodać toporek i pióropusz i mogą z dzidą spać na stojąco.
- A ty mój kochany sprawdź gdzie możemy pojechać z sunią, żeby było dobrze.
Dla kogo dobrze, dla tego dobrze, biedne zwierzę, no ale unikając wzroku psa siadam do komputera.
- Słuchaj, tu piszą, że wykastrować - poprawiam się - wysterylizować można niedługo po pierwszej cieczce.
- No tak, a ile ta cieczka może potrwać? - dobiegło mnie pytanie z łazienki.
Klik, klik, klik:
- Od dawna wszyscy wiedzą - oświadczyłem dwie sekundy po tym jak sam się o tym dowiedziałem - że cieczka u psa trwa miesiąc. Ty, strasznie długi ten okres, jak u słonia!
- Cieczka to nie to samo co okres - z łazienki wyjrzała pokryta mazią głowa - ty nieuku.
- Gadasz, nie to samo?
- Psy się różnią nieco od ludzi. Nie to, że od ciebie, ale od większości się różnią.
Poklikałem znowu. Faktycznie, cieczka to nie to samo co okres, jasny gwint, tyle lat w błędzie. Klik, klik, szukam nieodległej przychodni dla psiaków.
- U tego weterynarza co byłaś można wysterylizować.
Tym razem kolor wychylającej się głowy wpadał w błękit.
- Ja cię proszę i10, nie bądź złośliwy, przez nich suni się pyszczek przefarbował. 
Tak, sam się przefarbował. 
Znalazłem inną przychodnię. Poszliśmy.



W poczekalni mała kolejka, usiedliśmy, nudy. Przeglądam czasopisma. Istnieje pięć rodzajów kleszczy, na każdego trzeba kupić psu inny rodzaj tabletek, obroży, czopków, maści lub deozdorantu, co za naciągacze. Przez otwarte drzwi wleciał bąk, psy się rozszczekały. Pieprznąłbym owada gazetą, ale pewnie zaraz ktoś przyjdzie go cucić.
Po chwili przyszła gruba pani z yorkiem. Wypchany, lub wizyta zdecydowanie spóźniona, bo się nie ruszał. Gruba pani poinformowała nas, że mamy ślicznego pieska, poczekała chwilę na rewanż, nie doczekała się, a jak się ten śliczny piesek wabi, naprawdę Zmora? Takie brzydkie imię dla takiego ślicznego pieska, podsunęła psu upierścionkowany palec, pies palec natychmiast ugryzł.
- Ten pies gryzie! - sprawdziła czy krew nie leci, nie leciała, więc wsadziła palec do buzi.
- Psy gryzą - odpowiedziałem aksjomatem za aksjomat.
- Powinni państwo uprzedzić.
- A to pani nie chciała, żeby ją ugryzł? - zdziwiłem się uprzejmie.
- Oczywiście, że nie.
- To po co dała jej pani palec?
- Z tym powinno się coś zrobić, taki agresywny pies .
A więc już nie ślliczna suczka? Po co pchać psu rękę jeśli się nie chce być ugryzionym? Ale nie chciało mi się gadać, wstałem, wziąłem psa i wyszedłem. Kłótnię z grubą panią zostawię najdroższej.
A! I jeszcze żeby miały temat:
- Przyprowadziliśmy ją bo ma jakieś parchy w pysku - rzuciłem.
Gruba pani mało sobie pierścionkiem zębów nie wytłukła wyszarpując palec z ust.



Zanim nadeszła nasza kolej zdążyłem spalić papierosa i nauczyć Zmorę reagować na komendę "sraj". Nie srała, ale przynajmniej podnosiła ogon. Pół sukcesu.


Weszliśmy do gabinetu, weterynarz był młody, sympatyczny i wyraźnie wypił za dużo kawy. Przywitał się z najdroższą, ze mną, z psem, przewrócił stołek, jeszcze raz przywitał się ze mną, pochwalił wygląd psa, wdepnął w miskę z wodą i zapytał co nas sprowadza.
- Chcemy ją wysterelizować.
Tak. My chcemy. Najbardziej pies chce.
- Pierwsza wizyta? To musimy założyć kartę. 
Podaliśmy wszystkie dane, przy imieniu psa naspidowany weterynarz zawiesił się na moment i stwierdził, że śliczne imię, czym mnie zaskoczył. Obejrzał plamę na ryju psa, pokiwał głową, upuścił długopis, podniósł i wypisał receptę na maść oraz jakieś tabletki z delfina lub z rekina, nie zrozumiałem.
- A co do sterylizacji.. - zaczął, po czym otworzyły się drzwi i  weszła babka w kitlu ubabranym krwią. Lekarka. Albo kręcą tu dzisiaj wyjątkowo ponury horror.
- Mogę cię prosić na chwilę? - powiedziała do znerwicowanego - mamy kota z wypadku.
Strój lekarki wskazywał, że wypadek musiał polegać na nieodpowiednim obchodzeniu się kota z materiałami wybuchowymi. Weterynarz przeprosił, przewrócił długopisy, jeszcze raz przeprosił i wyszedł. Zostaliśmy sami.



Rozejrzałem się po gabinecie.Na ścianie wisiał obrazek krokodyla z uszami, wyglądał jakby został namalowany przez niepełnosprawne dzieci. Podszedłem i przyjrzałem się podpisowi: "Dzienkujemy Pszychodni Dla Zwierzont za wyleczenie naszego zajonca. Niepełnosprawne dzieci". Cholera. Spojrzałem w drugą stronę:
- Zmora patrz! - pokazałem psu psiego kościotrupa w kącie - Duch!
- Ciekawe, ile to może potrwać - zastanawiała się ukochana.
Potrwało dziesięć minut. Akurat bez powodzenia uczyłem kościotrupa "podaj łapę" gdy wrócił "nasz" weterynarz. Zaczepił fartuchem o klamkę, powiedział, że mają pilną operację,  kot przeżyje, bogu dzięki, straszny wypadek, a nasz piesek, eee, hmmmm, yyyy, Zmora, śliczne imię, no więc trzeba czekać, nie wiadomo ile, albo musicie przyjść kiedy indziej, nic nie płacicie, proszę zadzwonić, tu jest telefon, podał mi pięć dych, przeprosił, zabrał pieniądze, dał wizytówkę, potknął się na yorku grubej pani i poszedł sobie.



Zdecydowaliśmy się nie czekać nie wiadomo ile, też sobie poszliśmy. Przed domem spuściłem Zmorę ze smyczy, bo podnosiła ogon, chyba będzie srać, odbiegła sto metrów, dopadł ją jakiś burek i pięć sekund zajęło mu zmuszenie mnie do sprawdzenia w googlach kiedy możemy spodziewać się szczeniaczków.



Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX