#EPIZODY: O stuletnim lesie

15 września 2013

O stuletnim lesie


Było piękne popołudnie. Polskie dumne drzewa szumiały tak, jak mogłyby szumieć setki lat temu, gdy po tej samej drodze polski albo niemiecki (nie jestem pewien) rolnik szedł ze swoją rzeczą, z jaką zwykle setki lat temu chadzali polscy (lub niemieccy) rolnicy.

Przydrożne kwiaty zdawały się odwracać swoje zaciekawione główki, ozdobione pszczółkami i innym robactwem w stronę dwóch kobiet radośnie idących drogą i zabawiających się wydawaniem dźwięków. W pewnym momencie jedna z nich przystanęła na moment i przytrzymując się ręką ramienia drugiej wytrząsnęła z buta kamyk. Z pewnej odległości mogło to wyglądać jakby suszyła świeżo umalowane paznokcie u stóp.

Promień słońca zabawił przez moment w jej włosach, a ponieważ mu się to spodobało, zabawił jeszcze kilka razy. Zmęczony zabawą przeskoczył na oko kobiety, żeby odpocząć.
Ta  machnęła ręką, promień się przestraszył i uciekł.
Kobieta odwróciła się w stronę, z której przyszła, nabrała powietrza i ryknęła:
- i10!!! No szybciej!!!

Byłem kilkadziesiąt metrów za tymi kobietami, ponieważ mając w rękach dwie walizki i trzy torby szedłem wolniej nieco. „Miło z ich strony, że w tym upale potrafią znaleźć w sobie siły, żeby mnie dopingować” – pomyślałem i obejrzałem się za siebie. Dwa kilometry od stacji, ostatni kilometr po piachu. Ślady wyglądały jakby trzy osoby niosły sobie patyki i tymi patykami ryły w pyle ślady. Takie dwie dość równoległe linie.

- Zmora, weź spierdalaj. – mruknąłem do psa, który od dłuższego czasu ryjąc łapami dwie dość równoległe linie próbował się zakotwiczyć, żeby odebrać mi jeden z bagaży. Wyczuwał (słusznie) w jego zawartości sześć różnych rodzajów karmy.  – Podrzesz mi torbę. Kochanie, zabierz psa! – krzyknąłem w stronę Najmilszej oganiającej się od stada promieni słonecznych sprowadzonych przez ten pierwszy.
- Nie przejmuj się, Zmorka chce się tylko bawić. Strasznie grzeje, zatrzymamy się gdzieś w cieniu! – zaproponowała i dwie kobiety  zeszły ze ścieżki, podobnie jak setki lat temu mógł uczynić polski (lub niemiecki) rolnik po to, by dać odpocząć swojemu wołu.

- Chcecie wody?  - spytała Monisia.

- Lej, nie pytaj - odpowiedziałem.
- Gazowanej czy niegazowanej?
- Obojętnie.
- Ja bez gazu – zaznaczyła Najmilsza.
- Podaj mi tę torbę z doszytą pokrywą od studzienki kanalizacyjnej* – poprosiła mnie Monisia, więc podałem. „Super, że dziewczyna zabrała dwa pięciolitrowe baniaki z wodą – pomyślałem – dzięki temu teraz w szczerym polu możemy nie tylko napić się wody, ale i wybrać jej rodzaj.”
- Masakra – wymruczałem w stronę pola. Pole okazało się nie być tak szczere, jakim mi się wydawało, bo nie przytaknęło. Nic nie powiedziało.
- Kiepska droga – przyznała Najmilsza podstawiając mi przed oczy nogę. – Spójrz,  i10. Zupełnie nowe buty. Zniszczone.
- Nie wiedziałaś, że tu będzie piach? Trampki było ubrać.
- Mieliśmy jechać samochodem, mieliśmy? – wzrok Najmilszej zmienił moją decyzję w sprawie kupna lutownicy. Nie kupię, będę jej po prostu mówił, na który drucik ma popatrzeć. – I ty ten samochód zepsułeś. -  Machnęła ręką widząc, że nabieram powietrza. - Czy sam się zepsuł, skoro tak twierdzisz. I wtedy mój drogi, przypomnę ci powiedziałeś „NIC SIĘ NIE MARTW”, no powiedziałeś czy nie powiedziałeś? Przyznaję, powiedziałem. Po tym, jak samochód SAM SIĘ ZEPSUŁ i kazałem dziewczynom zostawić część bagaży, a one powiedziały, że tam może być coś potrzebnego, a ja powiedziałem, że nie damy rady zabrać tylu rzeczy, a one powiedziały, że musimy, a ja powiedziałem, że nie jestem osłem tragarzowym, a one powiedziały, że fakt, tragarzowym to może nie, a ja powiedziałem, że mi to wisi, możemy nie jechać, a Najmilsza się obraziła, a ja ją przytuliłem i przekonałem, że spoko, poradzimy sobie, zostawimy część rzeczy i będzie dobrze. I właśnie wtedy powiedziałem „nic się nie martw”. Mój błąd.
- I teraz mnie pytasz, czy ja wiedziałam, że tu jest piach? – kontynuowała moja lepsza połowa. - No to wyobraź sobie geniuszu, że wiedziałam – prychnęła i odwróciła się do pola, którego wydruk z badania na wykrywaczu kłamstw bankowo byłby cały pomazany**. Monisia zrobiła minę „zobacz, co narobiłeś”, i wspólnie z Najmilszą zajęły się wydawaniem dźwięków a ja zacząłem zastanawiać się, czy setki lat temu polscy (lub niemieccy) rolnicy strzelali przed swoimi wołami focha.



Na działkę dotarliśmy niecałą godzinę później.

W furtce powitał nas tata Najmilszej pan Tateusz.
- No, nareszcie jesteście!
Pan Tateusz jest emerytowanym urzędnikiem,  chudym, wysokim facetem, który nawet na działkę przyjechał w garniturze. Kiedyś zjawił się w garniturze w moim barze. Niby nic nadzwyczajnego, ale był środek lata, a bar znajdował się na basenie. Mała szansa, bym kiedyś zapomniał widok tysiąca półnagich ciał i przechadzającej się wśród nich megaeleganckiej tyczki.
Z imieniem pana Tateusza też wiąże się ciekawa historia wiele mówiąca o dziadkach Najmilszej – polonistach. W historii pojawia się uszkodzona literka „d” w maszynie do pisania sieradzkiej porodówki i niesamowity wręcz brak spostrzegawczości ojca noworodka, dziadka Najmilszej, człowieka o szlachetnym nazwisku Dumański***. Antychryst Dumański. Historia jego z kolei imienia jest podobno jeszcze ciekawsza, ale nikt mi jej nie opowiedział, więc nie wiem, jak brzmi.

Pan Tateusz przyciągnął do siebie dziewczyny :

- W szkole zawsze nazywali mnie Tatusiem, a teraz jestem waszym tatusiem, cześć i10! - Wyszczerzył do mnie zęby. - Wyglądasz na wyczerpanego. Przytulić cię?
- Nie, dzięki panie Tatku. – Uściśnięcie jego dłoni spowodowało w moim ramieniu ukłucie bólu, Jezu, jakie ja rano będę miał zakwasy. – Gdzie Mama Najmilszej?
- W kuchni z wujkiem Michałem. Chodźcie, chodźcie – obejrzał się na mnie – podobno samochód zepsułeś? – Opuścił wzrok na bagaże. – Zanieś sobie te rzeczy do gościnnego.
Popatrzyłem na oddalające się trzy pary pleców.
- Sam się zepsuł – powiedziałem, ale już mnie nie słyszeli, no to zaniosłem rzeczy do gościnnego. Sobie zaniosłem.


Działka rodziców Najmilszej przede wszystkim jest kwadratowa. Można by ją pokazywać w zagadkach typu „ile kwadratów widzisz na obrazku?”. Na kwadratowej działce stoi kwadratowy domek, z kwadratowymi oknami, przy nim kwadratowy stół. Opodal stołu jest piaskownica dla dzieci. Ponieważ Najmilsza i Monisia jakoś nie chcą się w niej bawić, piaskownica pełni sporadycznie funkcję kwadratowej szczalni dla psa. Stąd parę metrów w stronę płotu znajdujemy studnię. Kwadratową.

Kwadratowa szopa z narzędziami przylega do kwadratowej drewutni, o nią oparty jest stary, zardzewiały rower, którego koła w naturalny sposób przyciągają mój wzrok ilekroć składam tu wizytę, bo w bardzo wyraźny sposób nie pasują do otoczenia.
Wniosłem bagaże do pokoju gościnnego i zauważyłem, że na stole ktoś, najpewniej Mama Najmilszej postawiła talerz z ciasteczkami. Miły gest. Ciasteczka i talerz były rzecz jasna prostokątne o wszystkich bokach równych.

Zeżarłem jedno ciasteczko i dołączyłem do reszty towarzystwa siedzącego pod wiatą, której powierzchnia wynosiła dokładnie tyle, co dowolny z boków pomnożony przez siebie.

Czyli jakieś szesnaście metrów. No, wiadomo jakich.


- i10! – krzyknęła Mama Najmilszej na mój widok. – Sympatyczny elefancie, poznaj mego brata, Michała – pokazała palcem na faceta stojącego na stole i mocującego do dachu wiaty sznurek. Będzie się wieszał? Mnie powieszą?

- Cześć – samobójca machnął do mnie głową – zaraz zejdę, wieszam odstraszacz komarów.
Czyli obejdzie się bez egzekucji. Wujek Michał zszedł z ławy, żeby podać mi rękę. Całe szczęście, bo nie byłbym w stanie podnieść swojej do góry. Nie wyobrażam sobie jutrzejszych zakwasów.
- Mów mi Michał. Wierzysz w Boga i10? – facet najwyraźniej postanowił poruszyć bardzo poważne tematy, jak powiem, że nie wierzę, to nie będę mógł mu mówić Michał? Pieprzyk na jego policzku nie wydawał mi się tak wielki i szpecący jak w opowieściach Mamy Najmilszej.
- Wierzę, że jest jakaś siła, która wszystkim kieruje – na razie postanowiłem go nie wtajemniczać w swoje podejrzenia, że siłą tą jest przypadek.
- Tak, i10 – wujek Michał położył mi rękę na ramieniu. – Masz rację. Tą siłą, tą wielką siłą... jest... – „przypadek”? -  Jehowa.
A, taaaakie buty. Wujek maniak religijny? Przypomniało mi się, że Najmilsza wspominała coś o konieczności porąbania rodzicom drewna. Sami by mi nie powiedzieli, absolutnie. Powiedzieli Najmilszej,wiedzieli, że mi przekaże a jak porąbię to Mama Najmilszej rzuci coś w rodzaju „i10 chciał sobie porąbać nasze drewno, więc mu sympatycznemu elefantowi pozwoliliśmy. Przecież skoro mu zależy...”.
Rozejrzałem się i powiedziałem:
- Wiecie, zmęczony trochę jestem. Najchętniej porąbałbym sobie jakieś drewno.


<a tak wyobrażam sobie lokowanie produktu>


Godzinę później wycierałem akurat wykonaną z podpiekanej na małych węglikach stali siekierę w specjalne gładkie spodnie do rąbania drzewa, gdy Najmilsza podeszła do mnie ubrana w strój spawacza, jaki można nabyć tylko w sklepach NazwaJakiejśSieci.
- Ubrałam się w strój spawacza, ponieważ jest wygodny i wykonany z niepalnych materiałów, dzięki czemu iskry z twoich oczu nie przepalą mi odzieży codziennej, chodź na obiad – powiedziała.
- Czy na obiad będzie konserwa z Sokołowa, o ukochana? – zapytałem.
- Niestety nie udało nam się jej dostać – odrzekła. – A ponieważ tylko konserwa z Sokołowa ma prawdziwy smak, postanowiliśmy się nie oszukiwać i będziemy jeść po prostu trociny.
- Dobrze Najmilsza – zgodziłem się , ściągnąłem specjalne, bardzo wygodne buty narciarskie i poszedłem do domu na boso. Nie przejmowałem się ponieważ rano przy pomocy łatwego w użyciu aplikatora posmarowałem stopy specjalnym smarem do chodzenia na boso.

<koniec lokowania produktu :)>


Po obiedzie, podczas którego jakoś udało nam się nie poruszać kwestii kto i w co wierzy, wszyscy rozeszli się po terenie, możliwe, że po to, by właśnie te kwestie  poruszać, a ja usiadłem w fotelu mając nadzieję na nieporuszanie niczego, zwłaszcza moich kończyn, na co nadeszła Mama Najmilszej, więc się podniosłem. Pogrzebała na regale. Ręką, nie pogrzebaczem, pogrzebacz trzyma koło pieca, chyba na wypadek wizyty dwóch zbłąkanych sierot.

Usiadła, z ulgą też opadłem na fotel.
- i10, znalazłam taki prestiż, może weźmiecie z Najmilszą? Przyda wam się?
Podniosłem głowę:
- Prodiż Mamo Najmilszej, to jest prodiż – opuściłem głowę.
- No właśnie powiedziałam, przyda wam się?
Podniosłem głowę:
– Raczej nie. – opuściłem głowę.
Jak  jeszcze trochę z nią pogadam, to na szyi też mi się zrobią zakwasy, nie widzi, że jestem skonany?
- Powiem ci sympatyczny elefancie, co mi się przydarzyło – a więc nie widzi. – Tateuszek założył przedwczoraj pod kredensem pułapkę na myszy – usiadła, więc też usiadłem. – I wczoraj w nocy usłyszałam takie jakby stuknięcie. Więc wstałam i poszłam zobaczyć, co się dzieje. Ciemno było to światło zapaliłam. Ale pod kredensem nie było nic widać,  no to ja się schylam, a tam...
Tu opowieść przerwało wejście Michała.
- Siadaj Michał – powiedziała Mama Najmilszej – opowiem wam, co mi się przydarzyło.
Michał usiadł.
 – Przedwczoraj założyliśmy z Tateuszkiem w kuchni pułapkę na myszy, bo chyba gdzieś tu, wiecie, myszy są. I wczoraj w nocy obudził mnie huk. Idę do kuchni..
Zanim opowieść Mamy Najmilszej przeniosła się do kuchni, w drzwiach pojawiła się  Monisia z telefonem przy uchu.
- Nie, to nie. Pa. – zamknęła telefon i spojrzała na nas – co jest dziadki?
- Opowiadam właśnie, co mi się przydarzyło, siadaj, posłuchaj. - odsunęła koło siebie krzesło, Monisia usiadła i wyciągnęła papierosy, mi się nie chciało nawet sięgnąć po swoje.
- Więc, w piątek założyłam pułapkę na myszy, bo Tateuszka nie mogłam się doprosić. I śpię sobie w nocy, a tu nagle jak coś nie huknie...
Na huk weszła Najmilsza, za nią Zmora.
- O czym rozmawiacie? - powiedziała jedna z nich.
- Mówię właśnie, opowiadam niesamowite zdarzenie, wstaw wodę, napijemy się herbaty.- odpowiedź Mamy jasno wyjaśniła, że nie mamy gadającego psa, bo psy nie umieją robić herbaty.
Najmilsza umie, więc zaczęła kręcić się po kuchni, wyciągając szklanki, potykając się o psa, szukając łyżeczek, znowu potykając się o psa, ogólnie, siejąc zamęt, a jej mama podjęła opowieść. Albo i nie podjęła, bo zaczęła od początku, a podejmuje się w tym miejscu, co się skończyło. Chociaż może.. Dobra, zostawmy to.

- Jakiś czas temu założyłam pułapkę na myszy, bo Tateuszek się myszy boi. I wczorajszej nocy, wyobraźcie sobie, cała wieś spała, gdy nagle...

W drzwiach stanął małżonek narratorki, cykor. Taki duży a się myszy boi.
- O czym gadacie?
Podniosłem głowę.
- Mama Najmilszej opowiada historię – powiedziałem. Opuściłem głowę.
- O pułapce – powiedziała Najmilsza.
- Na myszy – powiedziała Monisia.
- Jak huknęło – powiedział Michał.
- Opowiadasz, jak pułapka się sama zatrzasnęła? – zapytał Tateusz, syn Antychrysta.
 Zapadła cisza.
Mama Najmilszej rozejrzała się po wpatrzonych w nią twarzach, dla mężowskiej rezerwując szczególny wyraz niesmaku.
- Pułapki się same nie zatrzaskują. To mogła być jakaś siła. Na przykład duch.
- Duch myszy – stwierdziłem i opuściłem głowę.
Najmilsza nadepnęła na psa a pies zawył.


Jezu, jakie ja rano miałem zakwasy. Bolało mnie gdy zakładałem skarpetki, bolało mnie, gdy wciągałem spodnie, koszulę, bolało mnie zapinanie guzików, odkryłem jednak, że prawdziwe zakwasy są wtedy, gdy ból sprawia przytrzymywanie, żeby trafić w muszlę. I o ile można chodzić w jednaj skarpetce i w niedopiętej koszuli, to żeby sobie nie narobić obciachu, akurat ten ostatni ból po prostu musisz przemóc.


Przy śniadaniu bolało mnie sięganie po chleb i podnoszenie herbaty. Ponieważ nie mam skłonności masochistycznych, nie posmarowałem chleba masłem a herbaty nie posłodziłem, chociaż lubię.

Później bolało mnie palenie papierosa i przeprowadzenie bolesnej rozmowy telefonicznej (w której największego bólu nie sprawiła tradycyjna już informacja o odrzuceniu mojego podania o pracę, tylko konieczność wybrania numeru na telefonie*****). Rozmowa z Michałem o Jehowie okazała się pewnym ukojeniem, bo nie musiałem się ruszać, a na koniec, koło południa rodzina Najmilszej zadała mi ból podając na pożegnanie ręce.
I wróciliśmy. Znaczy Najmilsza, rozmawiająca przez telefon Monisia, Zmora i ja.

Polskie drzewa szumiały, tak jak mogłyby szumieć setki lat temu, gdy po tej drodze szedł rolnik, którego narodowość nie ma dla tej opowieści żadnego znaczenia, a za nim szedł jego wół ciągnący  o jedną walizkę więcej niż poprzednio.

Bo spotkanie było po to, żeby wziąć od wujka Michała całą walizę wędlin, w tym boczku. A że boczek od wujka Michała jest naprawdę palce lizać, poprawiłem uwierający mnie nieco prodiż i powlokłem się znacznie raźniej.




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX