#EPIZODY: O samochodzie

9 września 2013

O samochodzie

Rodzice Najmilszej zaprosili nas na działkę. Czasem nas zapraszają. Piszę „zaprosili” mniej więcej w takim sensie, w jakim osoba oskarżona o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem jest „zapraszana” najpierw na rozprawę sądową a później do pobytu w zakładzie penitencjarnym lub na szafot*. 


– Przyjedziecie do nas na działkę, zrobimy sobie rodzinne moulin rouge – powiedziała Mamusia i nie chodziło jej bynajmniej o to, że zapragnęła bym na działce wybudował jej młyn, imprezownię z francuskim wystrojem czy burdel. Po prostu przekręca zwroty używając ich niepoprawnie. Mnie na przykład uparcie nazywa „sympatycznym elefantem” i podobno chodzi jej o dzieciaka, nie o słonia. Choć może po prostu mnie kłamią? Nieważne.
– Co sobie zrobimy Mamo Najmilszej? – zainteresowałem się uprzejmie.
– Moulin rouge, ucz się języków sympatyczny elefancie.
– Mamie chodzi o randez vous – nachyliła się do mnie Najmilsza.
– Mam spotkanie w sprawie pracy Mamo Najmilszej – skłamałem bezczelnie.
– W niedzielę?
– W niedzielę. To jest praca eee.. kwiaciarza – palnąłem w ostatniej chwili przypominając sobie kwiaciarki wygrzewające się w słoneczne niedzielne popołudnia na Placu Dąbrowskiego. – Właściwie dostawcy kwiatów. Do kwiaciarni. W niedzielę. Samochodem. Praca kierowcy.
– Szkoda – skrzywiła się Mama Najmilszej. – Spotkamy się innym razem. Chociaż moim zdaniem i10 sympatyczny elefancie, to nie jest praca dla ciebie. Ty jako kierowca to nie ten poziom półki...
– Tak, wiem Mamo Najmilszej – pokiwałem smętnie głową.
– ...przecież ty kompletnie nie umiesz prowadzić samochodu – dokończyła zdanie złośliwa jędza i popatrzyła na mnie przymrużonym wzrokiem.
Następnie Mamie przypomniał się Ryszard, poprzedni chłopak Najmilszej i jego zdumiewające umiejętności w prowadzeniu pojazdów, posłuchałem chwilę opowieści jak to Ryszard „potrafił prowadzić samochód trzymając drążek kierownicy jedną ręką” po czym znudziło mnie to, więc wstałem i poszedłem zapalić na balkon.

Gdzie oparta o balustradę stała Monisia, młodsza siostra Najmilszej.
Personifikacja cynizmu, zgrabna i pokręcona na oko dwudziesto - może dwudziestokilkulatka, ostatnio wszędzie prowadza się z mamą, do nas też przyszły razem. Trzymają się razem jak Tom Hanks i Wilson. Albo jak rekin i takie coś co pływa za rekinem. Albo jak (lepsze) krokodyl i Dundee. Albo jak... Dobra, mniej więcej rozumiecie o co mi chodzi.
Monisia rozmawiała przez telefon. Nie patrząc na mnie przytknęła palec do ust. Ciekawe kogo akurat okłamuje?
– Nie i nie rozmawiajmy już o tym. Muszękończyćpa –powiedziała do telefonu i rozłączyła się.
– Mój pogląd na facetów wraca do normy – oznajmiła patrząc przed siebie i wypluła gumę. Wspólnie obserwowaliśmy jak guma spada na dół, odbija się od szyby i przykleja do wycieraczki samochodu sąsiada. – wszyscy to jebani egoiści, którzy mylą mnie ze swoją matką. – Spojrzała na mnie. – Ty też.
– Nie mógłbym pomylić cię z moją matką Monisiu. Mojej matce nie wyrastają w nocy kły i sierść.
– A tak, wiem – machnęła ręką – ty jesteś inny. Koń by się uśmiał. Przyjeżdżacie na działkę?
– Muszę pracować.
– Kłamiesz – ponownie machnęła ręką – ale ci się nie dziwię. – Jak ci się układa z moją siostrzyczką?
– Cudownie – przypaliłem papierosa i wyciągnąłem do niej paczkę, pokręciła głową.
– Znowu kłamiesz. Mam swoje – wyciągnęła wymiętoszoną paczkę mentolowych LM. Pomyślałem, że i tak nie stłumią zapachu ludzkiej krwi. Monisia zapatrzyła się w dal. Konkretnie w wiszące przed nią pranie – myślisz, że to ja jestem dziwna? – zapytała moją koszulę wydmuchując dym. Chwilę poczekałem, jednak ponieważ moja koszula milczała poczułem się w obowiązku zabrać głos za nią.
– Trochę, jak każdy.
– Aha – ponownie zaciągnęła się papierosem. Stawia zasłonę dymną? – Zawsze?
– Co zawsze?
– Uważasz, że jestem dziwna cały czas?
– Nie wiem, nie widziałem jak śpisz, bierzesz prysznic, korzystasz z...
– Wystarczy, rozumiem – przerwała mi.
Ponieważ najwyraźniej wyczerpaliśmy temat konwersacji dokończyliśmy palić i wróciliśmy do... izby. Cóż za świetne słowo.


Mama Najmilszej akurat opowiadała o jakimś znajomym.
– ...a Michał złamał rękę, wiecie, ten wujek Michał – Czyli jednak nie o znajomym, tylko o wujku, nie znam gościa. Mama Najmilszej popatrzyła na Najmilszą, żeby potwierdzić, czy wiadomo o kim mowa – co ma takie znamię na pół twarzy...
– Na pół twarzy? – zdziwiła się uprzejmie Najmilsza.
– Na pół twarzy – powtórzyła mama.
– Na pół twarzy? – zapytałem wykazując zainteresowanie.
– Na pół twarzy – stanowczo stwierdziła mama.
– Ten wujek z pieprzykiem? – upewniła się Monisia.
Po chwili kłopotliwego milczenia mama uniosła lekceważąco brew i powiedziała.
– Jeśli znamię na pół twarzy nazywasz pieprzykiem, to moja droga się nie znasz. Jak ktoś ma coś na pół twarzy to raczej się na tym zna!
Mam nos na pół twarzy a laryngolog ze mnie żaden – pomyślałem, ale nie powiedziałem tego głośno...
– Przykra historia – ...tylko to.
– O widzicie dziewczynki? Wreszcie ktoś wrażliwy. Smuci cię to sympatyczny elefancie?
–Tak – pomasowałem się po brodzie. Spodobało mi się, więc pogładziłem się po nosie. – To najsmutniejsza rzecz jaką usłyszałem w dzisiejszym, jakże pełnym smutku dniu. – Z czystej ciekawości dla sprawdzenia pociągnąłem się za ucho. – Ta historia jest tak bardzo smutna...
– Przestań – powiedziała Najmilsza i rzuciła mi Spojrzenie.
– Co kochanie?
– Wszystko. Przestań bredzić, a przede wszystkim przestań się głaskać po uszach. Rozmawiałyśmy właśnie z mamusią, na działce będzie spotkanie rodzinne, przyjedzie wujek i obiecałam, że jeśli ty będziesz pracował, ja i Zmora pojedziemy pociągiem z Monisią. Zgadzasz się?
– Oczywiście kochanie.


– W żadnym wypadku kochanie – powiedziałem godzinę później gdy zostaliśmy sami. – Po pierwsze, po co? Po drugie i trzecie też po co? A po czwarte, jakim pociągiem? Wiesz, że będę musiał was zawieźć.
– Wiem. I wiem, że nie pracujesz w niedzielę, więc się z łaski swojej poświęć. A na działce usiądziemy, zapalimy sobie ognisko...
– Pofruwamy na miotłach... – wymruczałem.
– Co?
– Nic. Nie mam ochoty na ten wyjazd.
– Dało się zauważyć. Ale tym razem zrobimy tak jak ja chcę. I przypominam, że w piątek twój mecz leci w tym samym czasie co mój serial.
Przez chwilę w... izbie panowała cisza, którą przerwał męski głos:
– Dobrze.**

No więc w piątek obejrzałem mecz, do którego na zachętę Najmilsza kupiła mi piwo i chipsy, zaś w niedzielę rano przyszła do nas Monisia z bagażami. Ich ilość wskazywała, że ta dziewczyna jasno określiła swój cel w życiu i że jest nim przebywanie na działce aż do bardzo odległej w czasie śmierci. Nie chcąc się wdawać w czcze dyskusje po prostu poszedłem szykować samochód do podróży. 

Sformułowanie „samochód” może nie określać najtrafniej przedmiotu, którego używamy z Najmilszą w celu przemieszczenia się z punktu A do punktu B. Chociaż, między punktami on się przemieszcza, owszem. Pomiędzy rozsądnymi, nie bardzo odległymi punktami. Użycie pojazdu do dalszych podróży wymaga podjęcia zabiegów, z których najpewniejszym byłoby użycie lawety.
Ponieważ jednak nie mam lawety – przy dalszych wyjazdach używam czarów, zaklęć i modlitw, na które nasz zwinny niczym jeż pojazd czasem daje się nabrać, a czasem nie. Mając do przebycia odległość między Łodzią a działką czyli jakieś dwadzieścia osiem milionów wymęczonych milimetrów, musiałem się postarać.
Zacząłem od rzeczy najważniejszych – obszedłem samochód i po kolei sprawdziłem koła. Były wszystkie. Przy okazji zauważyłem, że auto coraz bardziej przypomina geparda. Zwłaszcza na progach i na nadkolach rude cętki zrobiły się mocno widoczne.
Podniosłem tylną klapę i sprawdziłem stan oleju. Litr powinien wystarczyć. Podniosłem przednią klapę i sprawdziłem stan oleju w silniku, również mieścił się w normie. Sprawdziłem płyn hamulcowy i do spryskiwaczy – poziom mieścił się między kreskami wyznaczającymi odpowiedniość poziomu. Korzystając z okazji poklepałem silnik i przemówiłem do niego uspokajająco.
Sprawdziłem paliwo – tuż ponad rezerwą, czyli w normie, wyjeżdżając trzeba będzie zatankować. 
Sprawdziłem z listą obecność trójkąta, podnośnika, dwóch gaśnic, koła zapasowego, zapasowego akumulatora, zapasowych żarówek i zapasowych bezpieczników. Następnie odhaczyłem obecność apteczki, stetoskopu, kompletu kluczy, piły, kompasu, latarki, wiadra na wodę, siekiery, zupek w proszku, zapalarki i śpiwora.
Wszystko było na miejscu. Gdyby podczas naszej podróży wybuchła wojna – poradzimy sobie, a każdy oddział partyzancki powita nas z otwartymi ramionami.
Wsiadłem do samochodu. Zapaliłem kadzidło, wyjąłem z kieszeni kartkę, rozprostowałem na kolanach i wyrecytowałem zapisany na niej sylabiczny sonet chwalący jakość, trwałość i wielki urok samochodów firmy Daewoo.
Zgasiłem kadzidło, czule pogładziłem kierownicę i delikatnie przekręciłem kluczyk w stacyjce. Nic się nie wydarzyło, nie eksplodowało, nawet nie stanęło w płomieniach.
Sprawdziłem wszystkie światła – wszystkie światła działały.
Wycieraczki wycierały, spryskiwacze spryskiwały a klakson klaksonił.
Więc przekręciłem kluczyk do końca – samochód odchrząknął, silnik równo zaterkotał. Przejechałem kółko wkoło bloku. Podczas jazdy wóz przywodzi nieodparte skojarzenia z jastrzębiem. Widziałem kiedyś program przyrodniczy i dowiedziałem się, że ptaki te chroniąc jajka w gnieździe wydają krótkie urywane skrzeki mające odstraszyć napastników. Sądzę, że każdy jastrząb oddałby swoje ulubione jajko, żeby tylko umieć tak skrzeczeć jak mój samochód. Co ciekawe – gdy auto się nie porusza – nie skrzeczy, za to syczy i puszcza dymy. Ale to zimą, a mamy lato.
Zadowolony z efektu zgasiłem silnik, a skoro wszystko tak gładko szło – pomyślałem, że zobaczę czy jakimś cudem nie zaczęło działać niedziałające radio, więc nacisnąłem włącznik. Przez chwilę nie było nic słychać. Podkręciłem pokrętło głośności i już po chwili nadal nie było nic słychać. „Czyli radio się nie naprawiło, ale nie jest źle, wręcz jest bardzo dobrze, możemy jechać” – pomyślałem. Wysiadłem i obszedłem samochód by upewnić się, że podczas okrążenia testowego nic nie odpadło, jakiś spoiler, lusterko czy system DRS. Wygłupiam się, Matizy nie mają DRS.

Mój Matiz jest zielony***. Pokryty tym specjalnym rodzajem zieleni przywodzącym na myśl nieszczęście, chorobę, śmierć, a później parę dni leżenia na słońcu. Producent nazwał kolor „zielenią oliwkową”. Zgaduję, że chodziło o śmiertelne i bolesne zatrucie oliwkami. Próbuję się tego samochodu pozbyć, nawet zawiesiłem w oknie kartkę z numerem telefonu i napisem „Sprzedam”, jednak w zestawieniu z wyglądem samochodu kartka wygląda bardziej na żart lub groźbę niż na ofertę zawarcia poważnej transakcji handlowej i podejrzewam, że jedynym sposobem na pożegnanie się z autem będzie jednak zepchnięcie go w przepaść.
Póki co jednak okazał się Matizem działającym, a że dokładnie o to mi chodziło, wróciłem do domu zadowolony i ogłosiłem gotowość do podróży.
Najmilsza się ucieszyła, pies – nie wiedząc jak okazać szczęście – zawył żałośnie, a Monisia powiedziała 
– Nie odzywaj się do mnie w ten sposób! – po czym pokazała mi słuchawkę telefonu z miną mówiącą że absolutnie nie przejmuje się sposobem w jaki zwykłem przekazywać gotowość wyjazdu i że telefon będzie niosła sama.

Wyniosłem rzeczy, żeby zapakować je do samochodu.

Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłem stawiając bagaże przy pojeździe była kałuża oleju. Drugą i trzecią rzeczą też były kałuże oleju. Olej leciał wszędzie. Wezwany kolega, mechanik, stwierdzi później że wydmuchało jakąś uszczelkę.

– Wydmuchało jakąś uszczelkę – stwierdził później wezwany kolega, mechanik. – Nigdzie nim nie pojedziecie. Zabrać na warsztat? – i po uzyskaniu zgody zabrał Dumę i10 by w sobie tylko znany sposób próbować przywrócić ją do życia.

A my w trójkę (plus pies) pojechaliśmy pociągiem.



*w zależności od umiejętności posiadanego adwokata
** Hehe, "cisza którą przerwał męski głos", fajnie to napisałem :)
*** Nie wszyscy wiedzą, że właściciele zielonych Matizów pozdrawiają się na drodze. Bardzo hermetyczne grono nieszczęśników, którzy w poprzednim życiu zrobili coś bardzo złego.
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX